Była umówiona, a Victoria nie miała w zwyczaju się spóźniaj. Prędzej można się było spodziewać, że przyjdzie przed czasem niż po czasie – gdyby miała się spóźnić, to znaczyło ni mniej ni więcej, że stało się coś bardzo, bardzo złego, co ją zatrzymało. Albo, że świat się właśnie kończył. Dziewiątego lipca jednak nie został wyznaczony w kalendarzu czasu jako dzień ostateczny i Lestrange zjawiła się w salonie Chistophera punktualnie. Szybko została rozpoznana przez jego asystentkę, która chyba tylko pro forma zapytała „Panna Lestrange?” i zaprowadziła ją… nie tam, gdzie pracował Chris, nie. Zapukała, a Victoria nie mogła się oprzeć wrażeniu, że kobieta jest tak zestresowana, jakby miała zaraz zemdleć. Obserwowała ją przez moment kątem oka, a niemal natychmiast poszła litania znajomego głosu. I znajomej twarzy, gdy asystentka projektanta szerzej otworzyła drzwi.
Z kamienną twarzą słuchała narzekań Christophera, który pochylał się nad jakąś książką; wyglądał jak zawsze: nieskazitelnie i ze smakiem, zresztą czego innego spodziewać się po mężczyźnie jego kalibru i profesji? Sama Victoria nie przyszła w swoim mundurze z pracy, a w granatowej sukience do kolan, w talii ściągniętej cieniutkim paskiem. Na ramiona i ręce nałożony miała sweterek, nie po to, by było jej ciepło; po pierwsze było lato, po drugie nic nie było w stanie jej ogrzać i po ponad dwóch miesiącach już zdołała przywyknąć do dojmującego zimna. Długi rękaw miał zakrywać srebrzystą bliznę na przedramieniu i wierzchu dłoni. Kiedy Christopher uniósł na nią spojrzenie i ją zauważył, porzucając na moment to, co robił dotychczas, to się do niego uśmiechnęła, oczywiście pozwalając na ujęcie i ucałowanie dłoni (jakieś szczęście, że to ta lewa nosiła blizny, a nie prawa…).
[a] – Dzień dobry – odpowiedziała na przywitanie nieco bardziej neutralnie, ale to głównie dlatego, że raczej po prostu nie była bardzo wylewną osobą jeśli ktoś nie był jej bardzo bliski. – W takim razie przerwa dobrze ci zrobi – odparła, udając, że nie widzi z jakim niezadowoleniem spojrzał na swoją asystentkę. – No chyba że potrzebujesz opinii kobiety spoza branży – w końcu jeszcze przed chwilą utyskiwał na to, że żadna normalna kobieta nie chciałaby pachnieć jak deser (i w zasadzie to miał rację). – Cała przyjemność po mojej stronie – był czas, że unikała Rosierów jak ognia, a wszystko przez jej byłego łamane na niedoszłego, który już dawno wąchał kwiatki od spodu, i przez jego matkę, których miała po dziurki w nosie. Czas jednak minął, piasek w klepsydrze się przesypał i jej złość i niechęć do całej rodziny zdążyła zniknąć. A Christopher naprawdę nie był taki zły. I przede wszystkim miał sobą nieco więcej do zaprezentowania niż zdanie własnej matki. – Ach może być, w pracy ciągle coś, ale radzę sobie – to prywatnie było o wiele, wiele gorzej.