W całym jestestwie Stanleya rozumiał wszystko. Wszystko oprócz jednego - skąd u niego takie zamiłowanie do sprowadzania bólu na ludzi. Skąd to podniecenie wynikające z... ach nie, chyba rozumiał. Kiedy myśl wkraczała na magiczne słowo "podniecenie", a potem dodawałeś do tego ten słodki obraz wraka zamiast człowieka, który został zrównany do roli kundla podłogowego, któremu nie pozostało nic poza łkaniem o przetrwanie, zaczynałeś rozumieć, dlaczego ktoś może lubić przynosić ból. Wtedy człowiek był przy kontroli. Wtedy mogłeś naprawdę coś znaczyć w swoim mikrouniwersum, jakie kręciło się tylko i wyłącznie wokół ciebie. Stanley miał talent do tego, żeby kompletnie niepozornie prześlizgiwać się wśród ludzi. Taki wariacik, trochę niepełnosprawny umysłowo, jakby miał dodatkowy chromosom czy ki chuj. Porzuca trochę dziwnymi tekstami, pożartuje, poleni się, żeby czasem potem nikt od niego nie wymagał więcej (a to już Sauriel rozumiał bardzo dokładnie), a potem cię zaskoczy. To nie będzie nagłe. Odkryjesz to dopiero, kiedy wejdzie ci już pod skórę i uzmysłowisz sobie, że ta lepka, słodka manipulacja zawsze zawierała w sobie ziarenko tej niepozorności. Że ta swoboda i wolnomyślicielstwo zaklęte były czymś więcej - i nie zatrzymywały się na głupocie. Fergus kiedyś powiedział Saurielowi, że w oczah drugiego człowieka odnajdywało się jego duszę - ale w oczach Sauriela przyglądało się swojej własnej. Czasem, tak jak w chwilach takich jak ta, czarnowłosy widział odbicie swojej duszy w oczach Stanleya. To był wyższy poziom intymności, do którego mógłby mruczeć gardłowo jak stary kocur, grając na strunach głosowych zamiast na strunach gitary. Dotknąć czyjejś duszy - to wykraczało poza cielesne zamiłowania. Ale może to było tylko pierdolenie wampira, który nawet za życia nigdy nie lubił, jak za dużo się go tykało.
Anthony był takim specjalnym płatkiem śniegu, który kładł odrobinę bieli na tę płaszczyznę czerni. Chciało się go chronić. Chciało się go bronić. Pozostało echo dawnych przyzwyczajeń i pragnień, kiedy tych, którzy jeszcze mieli szansę, chciałeś trzymać jak najdalej. Chciałeś im pomóc. Czy tutaj było jeszcze co pomagać należało jednak nie do jego zastanowienia. Już na pewno nie teraz. Krzyk Kaidena zatonął we wrzawie z boiska. W krzykach ekscytacji, w kibicowaniu swoim zawodnikom. Tutaj ktoś hołubił Śmierć i to jej składano te okrzyki. Zielona łuna przyniosła rzeczywistość, albo takie miała zadanie. Opuścić kurtynę, złożyć hołd jednej z miłości Stanleya. Jak ofiara na ołtarzu między modlitwami. Ale zabrakło w tym woli. Ikry? Sauriel ani tego nie oceniał, ani nie zapisywał w głowie, bo emocje potrafiły zaburzać sny - a tym bardziej zaburzały czary.
Sauriel złapał bezbronnego mężczyznę za włosy, stając nad nim, by poprawić uchwyt na jego twarzy, a jedną nogą docisnąć jego klatkę piersiową do ziemi. Nie było wiele władności w jego mięśniach, kiedy skręcały go konwulsje bólu i jeszcze zakaz Anthonyego, żeby się nie bronił. Junior Borgin zrobił kawał dobrej roboty. Pozostało ją dokończyć. Napiął mięśnie. Trzasnął kark. I krzyki umilkły.
- Lecimy dalej.
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.