Jeszcze chwilę przyglądała mu się badawczo. Może i było trochę niezręcznie i dziwnie, ale starała się nie poddawać tym emocjom i uczuciom, odłożyć je na bok i nie myśleć o tym, że jeszcze kilka dni temu byli zaręczeni, a teraz już nie są i są dla siebie… Żadne z nich nie wiedziało kim. Rzeczywiście, „to skomplikowane” idealnie opisywało och obecną relację, która pełna była niepewności, a także decyzji podjętych pod wpływem chwili, smutku i niezrozumienia. Lecz nie było w niej już żadnego przymusu. Victoria starała się nie poddawać tej niepewności i niewiedzy i po prostu… próbowała robić to, co i tak by robiła, niezależnie od tego, czy pierścionek nosiła czy jednak nie. I niezależnie od kogo to był pierścionek.
– Nie wiem jak, nie chcę Ci tego narzucać. Możesz się czuć zmęczony, albo zaintrygowany – odparła mu oczywistością na oczywistość, nawet jeśli to nie o to pytała. Interesowało ją… ogólnie jak się czuł. Czy coś lepiej, czy może jednak było gorzej? Czy może bez zmian. Był chyba jednak zbyt zaspany, by odpowiedzieć jakkolwiek sensowniej, więc zadowoliła się tym, a na koniec jeszcze odrobinkę wycięła usta w bladym uśmiechu. Na końcu języka miała „będziesz musiał mi wybaczyć” – bo rozumiało się to samo przez się. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że będzie go trzeba wyciągnąć dzisiaj z łóżka i być może dokładnie dlatego tutaj dzisiaj była. By go nie ominęła jego szansa. Jedna, jedyna i tylko dzisiaj na Merlin wie jak długi czas.
Sauriel myślał – było to ewidentne i widoczne jak na dłoni, kiedy siedział z tym kapturem na głowie i się nie odzywał. Ale jego wzrok stracił ostrość, nie był taki przenikliwy i to był dla niej jasny znak, że w głowie zachodzą procesy myślowe. W tym czasie Lestrange zdołała mu się uważniej przyjrzeć; tej niezapiętej koszuli, nierówno naciągniętym nogawką spodni na nogach… Ale nic nie powiedziała, bo doskonale wiedziała, że został nagle i bez ostrzeżenia wyciągnięty z łóżka. Po chwili jednak się naprężył, wyprostował i zobaczyła ten błysk w czarnych oczach. Zrozumiał. Piękne miał te oczy, chociaż Victoria nigdy nie myślała o nich jak o bezdennej otchłani, w której można było się zgubić i zatracić. Nie czuła się też w żaden sposób pożerana, ani zastraszona jego spojrzeniami, nigdy tak na to nie patrzyła. Nie minęło dużo czasu, a Sauriel się podniósł i stwierdził, że zaraz wróci. Victoria tylko się uśmiechnęła i kiwnęła głową, zamierzając nadal się nie ruszać z miejsca i poczekać tutaj na niego. Poszło gładko. Zdecydowanie szybciej niż sądziła, że pójdzie, bo była przygotowana na wojnę na argumenty albo na kompletny ośli upór. Tego na szczęście nie było i chwilkę później Sauriel był z powrotem.
– Załatwiłam świstoklik – odpowiedziała mu od razu, i było to jasne wyjaśnienie dlaczego się nie podniosła. – Więc mamy jeszcze dziesięć minut – powiedziała i w końcu jej dłonie zsunęły się delikatnie po torebce, którą miała ciągle na kolanach, położyła ją inaczej i zanurkowała, by wyciągnąć monetę, mugolskiego funta, i położyła go na stolik – oto był ich srodek transportu, przez dziesięć minut jeszcze nieaktywny. Nie powiedziała nic o tym, że spodziewała się, że Sauriel będzie bardziej oporny. – Ale skoro mamy jeszcze trochę czasu tooo – nie patrzyła już na Sauriela a ponownie zanurkowała do torebki, teraz już wkładając do niej obie ręce. Magia to był wspaniały cud; torebka nie była jakaś wielka, ale Victoria mogła tam zmieścić naprawdę mnóstwo rzeczy i to wcale nie maleńkich. I dlatego wyciągnęła kwadratowe pudełko przewiązane wstążeczką z kokardą. – Mam coś dla ciebie. Miałeś to dostać na urodziny, ale pomyślałam sobie, że teraz ci się bardziej przyda – odłożyła torebkę na bok i wziąwszy pudełko (rrróżowiutkie, zaś tasiemka była zielona) w dłonie wstała, by podejść do Rookwooda i wręczyć mu ten prezent. Miała nadzieję, że nie będzie się specjalnie opierał, albo że wzięła go wystarczająco mocno z zaskoczenia, że za marudzenie weźmie się dopiero, kiedy prezent już przyjmie. – Proszę.