23.11.2023, 06:10 ✶
Tutaj, pośród walijskich wzgórz i gór, ten zapach zdawał się być jego wizytówką. Przylgnął do niego do tego stopnia, że sam nie był już jego świadomy. Że zwyczajnie o nim zapominał i o tym, jak inni mogli go odbierać. Dla niego był to zapach smoków, zarówno tych wielkich, które niepodzielnie nad Snowdonią panowały, jak i tych małych, które hodowali tylko Rowle.
Levi uśmiechnął się lekko, z pewną dozą zadowolenia, słysząc słowa Laurenta i znajdujący się w nich komplement. Był łasy na tego typu pochwały i miał wrażenie, że im więcej przybywało im lat, im więcej łusek można było naliczyć na jego ciele, tym ważniejsze się dla niego tego typu słowa stawały.
Parsknął cicho, przyjmując żart Prewetta gładko. Zbyt gładko nawet, jak ktoś świadomy jego kompleksów mógłby stwierdzić, ale w stojącym przed nim selkie zawsze było coś, co nie pozwalało przyjmować jego słów z twardym sercem. Prawdziwy i faktyczny urok. Ten, któremu panującemu tutaj smokowi ewidentnie brakowało.
- Całe szczęście, ale niezwykle łatwo wybacza. Szczególnie tym, którzy całują tak czule - nie mógł mieć mu za złe tego, że wybrał do niego dłuższą drogę, bo obijające się o skaliste wybrzeża fale i jego skutecznie koiły. Tak samo jak kochał szybować, tak samo uwielbiał słuchać burzliwego szumu piany, przetykanego spokojniejszymi szeptami. Czasem zastanawiał się czy drogie jego sercu było samo morze, czy może jednak wydawało mu się takie dlatego jak łączyło się z niebem. Bo to przecież przestworza niepodzielnie posiadły jego serce.
- A więc prasa zrobiła dokładnie to, czego można było się po niej spodziewać - westchnął, wyraźnie zmartwiony tym, co wyznał Laurent. Pochylił się nieco do przodu, w kierunku Prewetta, zaglądając mu w błękitne oczy. - Przepraszam, że spytałem - uśmiechnął się do niego lekko. Smutno. - Spodziewam się, że to nie jest dla ciebie zbyt miły temat, szczególnie skoro szykuje się pozew - mimo, że jego głos był wyważony i pełen współczucia, nie było w nim wiele wyrzutów sumienia odnośnie listu, który wysłał niedługo po tym, kiedy wymienił ostatnią korespondencję z siedzącym nieopodal mężczyzną. Miał stać się przykładem i w jakiś dziwaczny sposób Leviathan był w stanie podzielić go na dwie, niezależne od siebie osoby. Tę, która została skrzywdzona przeinaczonymi słowami, która teraz znajdowała się w tym samym pokoju i szukała pocieszenia i tę, która pozwoliła sobie na głupie udzielenie wywiadu. W tym momencie, Rowle widział przede wszystkim tego pierwszego Laurenta. Tego, którego bez zawahania porwałby w ramiona i ukoił, jeśli tylko emocje wezbrałyby w nim jeszcze bardziej, rozlewając się i pochłaniając wszystko dookoła.
- Gdzie moje maniery. Napiłbyś się czegoś? Cokolwiek byś sobie tylko zażyczył, na odgonienie smutków, nawet jeśli tylko odrobinę - uśmiechnął się do niego łagodnie, dokładnie tak samo jak uśmiechało się do kogoś, kto właśnie znajdował się w centrum twojego wszechświata. - Potem możemy obejrzeć niebo w pobliskiej kałuży - rzucił żartobliwie. - Albo poprawnie przywitać morze. Z bliska i w swoim doborowym towarzystwie.
Levi uśmiechnął się lekko, z pewną dozą zadowolenia, słysząc słowa Laurenta i znajdujący się w nich komplement. Był łasy na tego typu pochwały i miał wrażenie, że im więcej przybywało im lat, im więcej łusek można było naliczyć na jego ciele, tym ważniejsze się dla niego tego typu słowa stawały.
Parsknął cicho, przyjmując żart Prewetta gładko. Zbyt gładko nawet, jak ktoś świadomy jego kompleksów mógłby stwierdzić, ale w stojącym przed nim selkie zawsze było coś, co nie pozwalało przyjmować jego słów z twardym sercem. Prawdziwy i faktyczny urok. Ten, któremu panującemu tutaj smokowi ewidentnie brakowało.
- Całe szczęście, ale niezwykle łatwo wybacza. Szczególnie tym, którzy całują tak czule - nie mógł mieć mu za złe tego, że wybrał do niego dłuższą drogę, bo obijające się o skaliste wybrzeża fale i jego skutecznie koiły. Tak samo jak kochał szybować, tak samo uwielbiał słuchać burzliwego szumu piany, przetykanego spokojniejszymi szeptami. Czasem zastanawiał się czy drogie jego sercu było samo morze, czy może jednak wydawało mu się takie dlatego jak łączyło się z niebem. Bo to przecież przestworza niepodzielnie posiadły jego serce.
- A więc prasa zrobiła dokładnie to, czego można było się po niej spodziewać - westchnął, wyraźnie zmartwiony tym, co wyznał Laurent. Pochylił się nieco do przodu, w kierunku Prewetta, zaglądając mu w błękitne oczy. - Przepraszam, że spytałem - uśmiechnął się do niego lekko. Smutno. - Spodziewam się, że to nie jest dla ciebie zbyt miły temat, szczególnie skoro szykuje się pozew - mimo, że jego głos był wyważony i pełen współczucia, nie było w nim wiele wyrzutów sumienia odnośnie listu, który wysłał niedługo po tym, kiedy wymienił ostatnią korespondencję z siedzącym nieopodal mężczyzną. Miał stać się przykładem i w jakiś dziwaczny sposób Leviathan był w stanie podzielić go na dwie, niezależne od siebie osoby. Tę, która została skrzywdzona przeinaczonymi słowami, która teraz znajdowała się w tym samym pokoju i szukała pocieszenia i tę, która pozwoliła sobie na głupie udzielenie wywiadu. W tym momencie, Rowle widział przede wszystkim tego pierwszego Laurenta. Tego, którego bez zawahania porwałby w ramiona i ukoił, jeśli tylko emocje wezbrałyby w nim jeszcze bardziej, rozlewając się i pochłaniając wszystko dookoła.
- Gdzie moje maniery. Napiłbyś się czegoś? Cokolwiek byś sobie tylko zażyczył, na odgonienie smutków, nawet jeśli tylko odrobinę - uśmiechnął się do niego łagodnie, dokładnie tak samo jak uśmiechało się do kogoś, kto właśnie znajdował się w centrum twojego wszechświata. - Potem możemy obejrzeć niebo w pobliskiej kałuży - rzucił żartobliwie. - Albo poprawnie przywitać morze. Z bliska i w swoim doborowym towarzystwie.