To już prawie miesiąc, jak nie mieli nad sobą tej więzi – która dla Victorii niewiele znaczyła. W tym sensie, że jej obecność bądź brak niewiele w jej życiu zmieniała, bo choć z początku wiele emocji i uczuć jawiło jej się niezrozumieniem, a już zwłaszcza to nieznośne ciągnięcie mówiące o niebezpieczeństwie, to dość szybko przeszła nad tym do porządku dziennego. Wiele z tego co ją bolało zostawiała po prostu dla siebie, nie chcąc dokładać Saurielowi zmartwień, ale też nie chciała robić kłótni tak naprawdę o nic… A że nie przeszkadzało jej, że ją do niego ciągnie, że chce spędzać z nim czas, to zupełnie odmienna para kaloszy. Bo to naprawdę nic nie zmieniało – chciała tego samego przed samym Beltane, to wszystko działo się stopniowo i nikt nie miał na to wpływu. I to naprawdę się nie zmieniło. Może powinno… Ale w tym momencie bardzo chciała, żeby Sauriel stanął na nogi i wykopał się z tego stanu, który spadł na niego… nie wiadomo jak i kiedy, bo przecież miało być tylko lepiej po tej wizycie u klątwołamacza, a z dnia na dzień stała się masakra. Victoria nadal uważała, że sporo było w tym jej winy – bo miała tendencje do wycofywania się, kiedy przychodziły problemy. Nie po to, by przed nimi uciec, a dlatego, by móc sytuację przeanalizować na spokojnie, w ciszy i spokoju i… To chyba był wtedy błąd. Ale to jebane wspomnienie Elisabeth… Kobieta przerobiła to wszystko już chyba wzdłuż i wszerz, chociaż Sauriel twierdził, że nie czuł się odrzucony. Co by zrobiła Victoria gdyby mogła cofnąć czas? Zapytana nie potrafiłaby dać odpowiedzi na to pytanie – bo nie zaprzątała sobie głowy gdybaniem, nie takim. Nie prowadziło ono do niczego sensownego tak czy siak.
Gdyby Sauriel nie chciał, to istniała duża szansa, że Victoria zamieniłaby się w bardzo upartą i namolną wersję siebie – tej, której wampir nie miał okazji przez te miesiące poznać, bo w większości kobieta była wyjątkowo spokojna, wyciszona wręcz i łagodna. Ale gdzieś na dnie jej oczu czaił się taki błysk, z rzadka pokazujący się na świecie, taki, który wprost mówił „o-o, niebezpieczeństwo”. No bo pomyślmy o tym sensownie – jaka osoba byłaby zdolna żyć tyle lat ze swoją matką nie będąc jednocześnie szarą myszką, której nawet się nie zauważa, albo wręcz którą można popychać? Jaka moralnie nieskazitelna osoba była w stanie zobaczyć Mroczny Znak na przedramieniu kogokolwiek i przyjąć to tak po prostu do wiadomości, w najłagodniejszej wersji nie urywając kontaktu, a wręcz walczącą o to, by taki Śmierciożerca nie wyszedł na słońce, które miało go unicestwić? Odpowiedź była prosta: żadna. Wniosek był więc prosty, w duszy Victorii już dawno wystąpiło pewne zachwianie. I ono się uwidaczniało w chwilach… zagrożenia życia. Głównie zagrożenia życia kogoś, na kim jej zależało, ale też… jeśli spojrzeć uważniej, to ono było tam ciągle.
Uśmiechnęła się, kiedy Sauriel powtórzył swoje pytanie. Więc Victoria zamiast wytknąć mu, że przecież już o to pytał, poprosiła o filiżankę herbaty. I była pewna, że to skrzat jej ją przyniesie, a nie Sauriel pobiegnie ją zrobić. Jakoś wątpiła, by robił coś ze swoimi zdolnościami kulinarnymi, chociaż tak się odgrażał, że jeszcze zobaczy… Sądziła wręcz, że ostatnimi czasy, to on nic nie robi. Tylko leży w łóżku i gapi się w sufit. Stąd w ogóle pomysł na przedwczesny prezent. Nie umknęło jej uwadze, że mężczyzna się ożywił i to tak nagle i znacznie – że się nie spodziewał, to już widziała.
– Wiem. Urodziny masz w październiku, pamiętam. Mówię, że miałeś to dostać na urodziny, ale zdecydowałam się dać ci to teraz. Na urodziny dostaniesz co innego – a miała już nawet pomysł co… tym niemniej miała wrażenie, że dawno niczego od nikogo nie dostał i wręcz poczuła takie dziwne napięcie w żołądku pod tytułem „czy mu się to w ogóle spodoba”…? Ale myślała o tym tyle, przeanalizowała wszystkie za i przeciw i wyszło jej, że to powinno być coś, co przypadnie mu do gustu. Nawet się nie przyczepiła do tej pomyłki z lipcem i listopadem, chociaż została zanotowana.
To nawet dobrze, że Sauriel zdecydował się usiąść obok niej, przyjęła to nawet z pewną ulgą, bo sądziła, że na powrót zacznie trzymać ten nieznośny dystans., I rzeczywiście, kiedy spróbował potrząsać pudełkiem, to delikatnie położyła dłoń na jego wierzchu, dając jednoznacznie do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. Ogólnie bardzo zabawne musiało być oglądanie interakcji tej dwójki z boku, bo wyglądało to tak, że Victoria wcale nie potrzebowała wiele słów i gestów, żeby obłaskawić niepokornego Rookwooda, wręcz wykonywała tych ruchów zajebiście mało, słów też wcale z jej ust nie padło nadmiernie dużo – wystarczyło, ze były odpowiednio dobrane i powiedziane spokojnie i… Oto Sauriel czekał grzecznie na wyjście z domu, przy okazji z błyszczącymi oczami i z zaciekawieniem, którego nie miał w sobie jeszcze pięć minut temu. A Victoria przyszła tutaj przygotowana mentalnie jak na wojnę – i zmiękła, nawet w którymś momencie odrobinę rozluźniła mięśnie i oparła się o oparcie kanapy, gdy Sauriel badał fakturę różowego pudełka (oczywiście, że kolor był nieprzypadkowy). Na ten szerszy uśmiech odpowiedziała swoim uśmiechem.
– Nie powinno. Chyba, że rozerwiesz to pudełko na strzępy – odpowiedziała mu odrobinę rozbawiona. Tym bardziej dobrze, że to powiedziała, bo widząc jak obszedł się z kokardką… A przecież mógł to zapewne rozwiązać jednym prostym czarem, przecież nie potrzebował do tego różdżki… – No, śmiało – zachęciła go, widząc jak niepewnie się do tego zabiera. I w końcu wieczko zostało zdjęte i Sauriel dostał się do środka.
I chyba go zatkało. A Victoria poczuła satysfakcję. I z miną, którą określiłabym „zamyślonym tryumfem”, napiła się herbaty. Nie przeszkadzało jej nawet to, że to aparat fotograficzny dostawał pełnię atencji, a nie ona – w tym momencie w zupełności wystarczało jej to, że Sauriel nie był już taki zblazowany i flegmatyczny, a całkowicie pobudzony i żywy. Przyglądała mu się po prostu z zamyśleniem, nie zamierzając przeszkadzać w oględzinach prezentu. To zresztą poszło mu nader szybko i nieco z zaskoczenia zrobił Victorii zdjęcie, tej zamyślonej, z filiżanką herbaty w dłoni. Zdjęcie zresztą zaraz zostało przez aparat wyplute i dumna, siedząca na kanapie Victoria, łypnęła spokojnie na Sauriela ze zdjęcia. Nawet w którymś momencie jej fotografia puściła mu z pełnym zadowoleniem oko i napiła się herbaty. A ta prawdziwa Victoria spoglądała na to do góry nogami i aż parsknęła widząc to puszczone oczko.
– Zaręczam cię, że świat w tym momencie mało mnie obchodzi – i jeśli ma spłonąć, bo oto wampir otrzymał aparat – to niech płonie. – A tym bardziej jego gotowość, czy jej brak – dodała spokojnie. – Rozumiem, że ci się podoba – to nawet nie było pytanie, a oczami wyobraźni faktycznie niemal widziała te różki i ogonek.