Jackie widziała, że Vincent się zbliża. Znajdowali się w końcu na otwartej przestrzeni, gdzie raczej ciężko byłoby się ukryć. Najpierw myślała jednak że może idzie w kierunku dalszych padoków, a nie konkretnie do niej. Do tej pory otrzymywała polecenia raczej od młodszych stażem pracowników, sam Vincent był - o ile dobrze rozumiała - kimś w rodzaju zarządcy, kiedy Laurenta nie było w pobliżu. O ile rozumiała, miała potencjalnie kiedyś zajmować podobne stanowisko co on, ale póki co musiała się nauczyć wszystkiego co była w stanie o funkcjonowaniu Rezewratu a szczególnie tej jego części, która zajmowała się abraksanami.
Uśmiechnęła się do niego uprzejmie, kiedy podszedł do niej bliżej. Zastanawiała się, czego od niej chciał, ale kiedy podał marchewkę klaczy pomyślała, że może właśnie po to przyszedł? Przełknęła gryza kanapki, którego właśnie żuła.
- Nie, dziękuję. Robię sobie przerwę, ale mogę skończyć wcześniej, jeśli jestem potrzebna? - odezwała się do Vincenta. Nie onieśmielał jej tak bardzo jak Laurent, który był czymś w rodzaju ruchomego posągu. Vincent był bardziej przyziemny, spokojniejszy i bardziej wyważony. Mężczyzna z krwi i kości. No, właściwie to składał się też z mięśni, dosyć pokaźnej ich ilości, ale to nie było zaskakujące, zważywszy na to z jakimi zwierzętami pracował. Mimo wszystko był jej bezpośrednim przełożonym, więc odzywała się do niego przyjaźnie i uprzejmie, ale z pewną rezerwą. Nie do końca jeszcze wiedziała, na jaką ilość otwartości może sobie przy nim pozwolić. - Ta tutaj dama ma na padoku całe drzewo czereśniowe, ale zamiast je sobie zrywać to przychodzi do mnie po jabłka. - dodała wskazując na abraksana za nimi. - Nie to, żebym jakoś bardzo narzekała, bo dzięki temu buduję sobie jej zaufanie, ale bardziej leniwej ko... - nie zdążyła dokończyć, bo klacz - która najwidoczniej rozumiała każde jedno słowo dziewczyny - poczuła się najwidoczniej dość obrażona takimi insynuacjami dotyczącymi jej osoby i parsknąwszy głośno, zarzuciła łbem, popychając plecy Jackie i w efekcie spychając ją z ogrodzenia.
Dziewczyna mogła wydać z siebie tylko ciche Oj!, upuszczając pudełko i kanapkę i poleciała do przodu. No super, znowu zedrę kolana... pomyślała tylko, wspominając akcję oczyszczania ogrodu z bratem w czerwcu.