Esmé może nie miał facjaty obitej na purpurę, ale czuł, że do tego miejsca pasuje. W końcu Nokturn to nie tylko zakapiory, którzy chcą, tak dla zabawy, poznęcać się nad słabszymi tylko po to, by pokazać jacy to są źli. Oczywiście tacy też się zdarzali, ale równie liczna była inna grupa mieszkańców. Ci wyglądali... czasem właśnie tak, właśnie z ułożonymi włosami, wypastowanymi bucikami. Aż ciężko było uwierzyć, że dopuszczali się okrucieństw większych, niżeli ten pierwszy motłoch. Byli zdecydowanie trudniejsi w obejściu, chociaż, paradoksalnie, Esmé radził sobie z nimi lepiej. A może - był do tego lepiej przystosowany. Trochę charyzmy, kłamstwa, kokieterii i... dystansu. Jego skromna pracownia nie wchodziła nikomu w drogę, a on nie zadawał zbędnych pytań, zaś pytany - nie udzielał odpowiedzi. Było to bardzo cenione na Nokturnie i część klientów kaletnika przychodziła właśnie z tego powodu, a nie chociażby dlatego, że Esmé był wyśmienitym rzemieślnikiem. Gorzej radził sobie z najbardziej pospolitymi oprychami, chociaż, znów paradoksalnie, o nich się mniej martwił. Miał szczęście zostać zmuszony, by opłacać "ochronę" swej pracowni, ale też osoby. Odpowiedni ludzie z odpowiednim zestawem umiejętności zajmowali się wszelkimi problemami natury czysto bandyckiej. Rzemieślnicy, pewnego sortu. Nawet przez moment Czarodziej nie żałował, że zdecydował się ich opłacać, ale nie tylko dlatego, że lubił swoje kolana niepołamane. Dzięki temu spał spokojnie wiedząc, że jego pracownia nie stanie się celem napaści, tak samo jak jego osoba, gdy przemierza ulicami. A jeżeli coś się stanie? To wiedział gdzie się zgłosić, bo bez niego i jego zakładu, mili panowie rzemieślnicy-wpierdolu, zarabiali mniej. Prawdziwa strata.
Smutną generalizacją byłoby zakończenie w tym momencie krótkiej opowiastki o ludziach Nokturnu. Nie przedłużając, Rowle wysuwał pewną teorię. Lubił manicheistyczny podział, chociaż w niego nie wierzył. Lubił podział na dwa. Symetria albo negatyw. Dlatego też wierzył, że na Nokturnie lądują jedynie dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy mieli zbyt mocne ambicje i ci, którzy ich nie mieli wcale.
Którym z nich był Esmé? Tak naprawdę, tak w rzeczywistości, ciężko było stwierdzić. Wobec siebie nie przejawiał żadnych ambicji, ale wobec rzemiosła? Ha! Ogromne. Podział na, a jakżeby inaczej, dwoje.
Na dwoje dzieliła się również pracownia, w której oczywiście się znajdował. Zazwyczaj się tutaj znajdował. I zazwyczaj można było go zobaczyć za ladą, za którą zazwyczaj tworzył. Tym razem było nieco inaczej. Jakkolwiek utalentowany nie był, tak wciąż, koniec końców, miał pracownie kaletniczą od strony Nokturnu jako cierpiący na chronicznie niską popularność kaletnik. Nie miewał aż tak dużo klientów. Zasiadał zatem przy okrągłym stoliku, na jednym z dwóch foteli - tym skierowanym w stronę wejścia i witryny jego zakładu. Na stoliku znajdowała się filiżanka ze świeżo zaparzoną czarną kawą. Oczywiście bez cukru. Rowle zasiadał wygodnie, z założoną nogą na nogę, w jednej ręce trzymając gazetę, z której od niechcenia coś czytał. Tak, jakby robił to z czystego przyzwyczajenia. W prawej dłoni znajdował się papieros, już w połowie wypalony, z którego popiół nieomal upadłby mu na spodnie, gdyby nie znajdująca się na udzie popielniczka z czaszki tycigryfka.
Uniósł oczy znad gazety, gdy na skraju swej wizji dostrzegł dziwnie pośpiesznie poruszającą się sylwetkę. Nie uniósł jednak głowy, zatem patrzył spod byka na, najpewniej, potencjalnego klienta. Drzwi jego zakładu się otworzyły, a on już miał nabrać minę uprzejmego rzemieślnika-sprzedawcy, gdy dostrzegł, że... klientka wyglądała na zagubioną. Jakby dopiero odkrywała, że wkroczyła do pracowni kaletniczej, odsuwając się od drzwi, na które Rowle przeniósł spojrzenie, unosząc brew.
O co chodziło? Cokolwiek się tutaj działo, tak było ciekawym przedstawieniem. A z pewnością ciekawszym niż gazeta. Wrócił wzrokiem do kobiety, dając sobie chwilę na przyjrzenie się jej. Nie zdążył nawet pomyśleć, że kojarzył ją, bo usłyszał ją. Pamiętał ten głos. Złożył w pół gazetę, którą rzucił na stolik obok kawy, chwytając w tę dłoń teraz popielniczkę.
- Dzień dobry. - odezwał się uprzejmie. - W czym mogę pomóc? - zapytał z dziwnym rozsmakowaniem w głosie i uśmiechnął się, powoli, szyderczo. Oh, czuł że będzie się doskonale bawił. Nie wiedział z jakiego powodu się tutaj znalazła, ale nie wierzył, że zrobiła to specjalnie. Niewiasta, która miała nieszczęście prowadzić... ekhem, żywiołową dyskusję z Esmé. Tak, żywiołową. Pomimo tego, że Rowle miał problem z emocjami, a szczególnie tak intensywnymi. Zatem jaki temat potrafił go tak rozpalić? Drewno. Nie, wybacz. Korniki. I drewno. Korniki i ich zamiłowanie do drewna. Ale którego? I tu był problem, bo Esmé miał odmienne zdanie, niż stojąca teraz w jego pracowni niewiasta.- Całe szczęście skóra i kości nie interesują korników. - była to też drobna gra na nazwie pracowni, ale ta wypowiedź przede wszystkim stanowiła dowód, że pamiętał. Że nie zapomniał. Zaciągnął się dymem i czekał co dalej. I nie chodziło jedynie o odpowiedź, ale także o to, co za drzwiami.