26.11.2023, 09:45 ✶
Rodolphus był zaskoczony reakcją Chestera. Nie spodziewał się, że auror będzie aż tak... nieopanowany. Wyraził to jednak wyłącznie lekkim uniesieniem brwi i spojrzeniem na kuzyna. Podczas gdy Laurence opadł ręce na biodrach, on sam skrzyżował je na klatce piersiowej, marszcząc nieco czoło.
- Kobieta była w stanie krytycznym, dosłownie odpływała na naszych rękach. Priorytetem było zatamowanie rany by w ogóle przeżyła, a potem przewiezienie jej do najbliższej kliniki w jakikolwiek sposób, nie szukanie patrolu - odpowiedział spokojnie, wbijając intensywne spojrzenie w Chestera. Rodolphus miał nienaturalnie jasne oczy: gdyby dodać do nich błękitny odcień, śmiało można byłoby je określić, jako rybie. Były jednak jasnoszare, a brak obwódek wokół oka i małe źrenice nadawały jego spojrzeniu dość osobliwy wyraz. W jego głosie jednak przebrzmiewał brak emocji i chłodna rzeczowość, jakby cała ta sprawa w ogóle go nie obchodziła. Przedstawiał mu fakty. Mocno naciągnięte, bo gdyby tak uważał, to sam pobiegłby od razu szukać pomocy, a nie gapił się na kobietę z ciekawością. Liczył jednak, że Laurence będzie trzymał język za zębami. Jeśli nie - on miał dobrą opinię, nieskalaną niczym. Nawet Rockwood jej nie podważy, choćby bardzo się starał.
Rodolphusowi przeszło przez myśl, że Chester w ogóle powinien się cieszyć, że to zgłosili. I że pofatygowali się osobiście. Gdyby nie Laurence, młodszy Lestrange nie kiwnąłby palcem w tej sprawie - a przynajmniej nie tak szybko, co zrobił gdy na miejscu pojawił się jego kuzyn. Rolph wymienił z Laurencem kolejne porozumiewawcze spojrzenie. Właśnie spierdolił sobie dzień wolny. Poniekąd na własne życzenie.
- Raczej jedyną osobą, która ją widziała, jest napastnik, chyba że kto inny postanowił nie zareagować. A dzięki Laurencowi - mam nadzieję - będziecie mogli ją przesłuchać. Martwi nie pomagają - przypomniał delikatnie Rockwoodowi. W całej tej dyskusji nie podobało mu się szafowanie jego osobą, ale tylko westchnął. - Mam dzień wolny, to znaczy miałem. Z przyjemnością cię tam zaprowadzę i opiszę szczegóły. Znalazłem ją jako pierwszy, kilka sekund później dołączył Laurence.
Nagiął fakty, ale nie zadrżał mu przy tym głos. Nie spojrzał na Laurenca, ale w zasadzie nie musiał. Starszy Lesstrange powinien się z nim zgodzić albo po prostu powiedzieć, że nie wie ile Rolph tam stał. Naprawdę to mogło być kilka sekund. W jego głosie nie było absolutnie słychać tej przyjemności, o której mówił, lecz też nie wybrzmiała irytacja ani obrzydzenie. Ot, stwierdził fakt, dodał kurtuazyjne słówko dla zachowania uprzejmości.
- Kobieta była w stanie krytycznym, dosłownie odpływała na naszych rękach. Priorytetem było zatamowanie rany by w ogóle przeżyła, a potem przewiezienie jej do najbliższej kliniki w jakikolwiek sposób, nie szukanie patrolu - odpowiedział spokojnie, wbijając intensywne spojrzenie w Chestera. Rodolphus miał nienaturalnie jasne oczy: gdyby dodać do nich błękitny odcień, śmiało można byłoby je określić, jako rybie. Były jednak jasnoszare, a brak obwódek wokół oka i małe źrenice nadawały jego spojrzeniu dość osobliwy wyraz. W jego głosie jednak przebrzmiewał brak emocji i chłodna rzeczowość, jakby cała ta sprawa w ogóle go nie obchodziła. Przedstawiał mu fakty. Mocno naciągnięte, bo gdyby tak uważał, to sam pobiegłby od razu szukać pomocy, a nie gapił się na kobietę z ciekawością. Liczył jednak, że Laurence będzie trzymał język za zębami. Jeśli nie - on miał dobrą opinię, nieskalaną niczym. Nawet Rockwood jej nie podważy, choćby bardzo się starał.
Rodolphusowi przeszło przez myśl, że Chester w ogóle powinien się cieszyć, że to zgłosili. I że pofatygowali się osobiście. Gdyby nie Laurence, młodszy Lestrange nie kiwnąłby palcem w tej sprawie - a przynajmniej nie tak szybko, co zrobił gdy na miejscu pojawił się jego kuzyn. Rolph wymienił z Laurencem kolejne porozumiewawcze spojrzenie. Właśnie spierdolił sobie dzień wolny. Poniekąd na własne życzenie.
- Raczej jedyną osobą, która ją widziała, jest napastnik, chyba że kto inny postanowił nie zareagować. A dzięki Laurencowi - mam nadzieję - będziecie mogli ją przesłuchać. Martwi nie pomagają - przypomniał delikatnie Rockwoodowi. W całej tej dyskusji nie podobało mu się szafowanie jego osobą, ale tylko westchnął. - Mam dzień wolny, to znaczy miałem. Z przyjemnością cię tam zaprowadzę i opiszę szczegóły. Znalazłem ją jako pierwszy, kilka sekund później dołączył Laurence.
Nagiął fakty, ale nie zadrżał mu przy tym głos. Nie spojrzał na Laurenca, ale w zasadzie nie musiał. Starszy Lesstrange powinien się z nim zgodzić albo po prostu powiedzieć, że nie wie ile Rolph tam stał. Naprawdę to mogło być kilka sekund. W jego głosie nie było absolutnie słychać tej przyjemności, o której mówił, lecz też nie wybrzmiała irytacja ani obrzydzenie. Ot, stwierdził fakt, dodał kurtuazyjne słówko dla zachowania uprzejmości.