26.11.2023, 13:32 ✶
Rodolphus usiadł dopiero wtedy, gdy Robert mu to zaproponował. Nie odczuł tego jako testu - ani również jako braku szacunku. Przyjął do wiadomości fakt, że Robert był jaki był. To zachowanie było częścią jego jestestwa i byłby głupcem, gdyby przy szacunku, którym go darzył, kwestionował takie drobnostki, jak maniery. Czy korzystanie z tytoniu, chociażby.
Milczał przez cały czas, gdy Robert wertował kolejne strony planu. A gdy powiedział, że się nie zgadza, żaden mięsień na twarzy Rodolphusa nie drgnął.
- Chodzi ci o stopień pokrewieństwa, który warunkuje oczywiste różnice genetyczne, czy związki relacyjne, wpływające na działanie obszaru odpowiedzialnego za emocje? - jeżeli to drugie, to Rodolphus z kolei by się nie zgodził z tym, jakoby związek z mugolami w tym rozumowaniu miał jakikolwiek wpływ na zachowanie czarodziejów półkrwi. Nie badał ich odruchów, badał fizyczne zmiany w mózgu i na tym zamierzał się skupić, nie pozwalając na zbytnie rozszerzenie badanego obszaru. Wiedział, że należało podejść do sprawy z odpowiednią rozwagą i starannością, ale stracenie z oczu celu było pierwszym krokiem do klęski. Gdy usłyszał dalszą część wyjaśnienia Roberta, kiwnął głową. - Masz rację. To będzie jednak ciężkie do wyodrębnienia. Myślałem nad tym, by utworzyć kolejne podgrupy i je sklasyfikować do pięciu pokoleń wstecz, w różnych konfiguracjach, lecz zarzuciłem ten pomysł. W pewnym momencie kończą się drzewa genealogiczne, czarodzieje półkrwi nie przywiązują aż takiej wagi do przodków i znalezienie dowodów na pochodzenie praprapradziadków osoby półkrwi może być niemożliwe. Zwłaszcza, jeżeli będą oni mugolami, którzy z wiadomych względów nie istnieją w naszych rejestrach. Wtedy nawet linia wychodząca się od czystej krwi będzie bezużyteczna, bo nie będziemy mieli materiału do porównania. Oczywiście mogę tak dobrać obiekty, by zatrzymać się na równym etapie, lecz drążenie tak daleko jest ryzykowne. Nie wiem, czy mugole prowadzą swoje spisy.
Jego rodzina prowadziła. Mugole z oczywistych względów byli pod nimi, nie podejrzewał ich więc o to, by aż taką uwagę przywiązywali do rodziny i kultywowania tradycji. Dopiero teraz na jego twarzy pojawiło się coś, co spokojnie można by określić mianem pogardy, niedocenienia. Nie Roberta a tych, o których mówili. Życie byłoby dużo prostsze, gdyby ktoś ich w końcu zaczął kontrolować.
- Nie zamierzałem opierać się wyłącznie na zewnętrznej reakcji, oczywiście - powiedział, dość niemile zaskoczony, że Robert podejrzewał go o taką niechlujność. Nie dał po sobie tego jednak poznać. Nawet lekko uniósł kącik ust. - Oczywiście obserwacja zewnętrznych czynników jest fascynująca, ale to, co mnie najbardziej interesuje, to fizyczne zmiany, które dzieją się w mózgu podczas badań. To one odpowiadają za zachowanie, nie ma więc możliwości według mnie, by badać jedno bez drugiego.
Gdy Robert wspomniał o zaufanym medyku, Rolph westchnął. Tu go miał - Rodolphus dość zazdrośnie strzegł informacji na temat badań, które prowadził. Robert był jedyną osobą, która o nich wiedziała. Nie zaufał nikomu innemu na tyle, by podzielić się tym sekretem. Nikt poza Robertem nie był wystarczająco godny. Wyjątkiem była Bellatrix, której nie powiedział z osobistych względów i zwykłej troski o jej przyszłość.
- Znalezienie odpowiedniej osoby do współpracy może potrwać pół wieku - zauważył, dając delikatną sugestię, że jeżeli Robert ma kogoś takiego w swoim otoczeniu, to dobrze by było, by podzielił się kontaktem. - Nie ufam ludziom w Ministerstwie na tyle, by w ogóle myśleć przy nich o tym, co robimy. Moja rodzina również odpada, nie wszyscy podzielają nasz entuzjazm.
Tym razem nie mógł się powstrzymać i delikatnie nie skrzywić, gdy pomyślał o starszym kuzynie. Nie wiedział jak starszy Lestrange podchodził do tematu. Podobnie jak on sam - zdawał się być gdzieś pośrodku konfliktu. Tylko że Rodolphus grał spektakl życia, a osoba, którą miał na myśli, mogła nie udawać, a naprawdę być.
Milczał przez cały czas, gdy Robert wertował kolejne strony planu. A gdy powiedział, że się nie zgadza, żaden mięsień na twarzy Rodolphusa nie drgnął.
- Chodzi ci o stopień pokrewieństwa, który warunkuje oczywiste różnice genetyczne, czy związki relacyjne, wpływające na działanie obszaru odpowiedzialnego za emocje? - jeżeli to drugie, to Rodolphus z kolei by się nie zgodził z tym, jakoby związek z mugolami w tym rozumowaniu miał jakikolwiek wpływ na zachowanie czarodziejów półkrwi. Nie badał ich odruchów, badał fizyczne zmiany w mózgu i na tym zamierzał się skupić, nie pozwalając na zbytnie rozszerzenie badanego obszaru. Wiedział, że należało podejść do sprawy z odpowiednią rozwagą i starannością, ale stracenie z oczu celu było pierwszym krokiem do klęski. Gdy usłyszał dalszą część wyjaśnienia Roberta, kiwnął głową. - Masz rację. To będzie jednak ciężkie do wyodrębnienia. Myślałem nad tym, by utworzyć kolejne podgrupy i je sklasyfikować do pięciu pokoleń wstecz, w różnych konfiguracjach, lecz zarzuciłem ten pomysł. W pewnym momencie kończą się drzewa genealogiczne, czarodzieje półkrwi nie przywiązują aż takiej wagi do przodków i znalezienie dowodów na pochodzenie praprapradziadków osoby półkrwi może być niemożliwe. Zwłaszcza, jeżeli będą oni mugolami, którzy z wiadomych względów nie istnieją w naszych rejestrach. Wtedy nawet linia wychodząca się od czystej krwi będzie bezużyteczna, bo nie będziemy mieli materiału do porównania. Oczywiście mogę tak dobrać obiekty, by zatrzymać się na równym etapie, lecz drążenie tak daleko jest ryzykowne. Nie wiem, czy mugole prowadzą swoje spisy.
Jego rodzina prowadziła. Mugole z oczywistych względów byli pod nimi, nie podejrzewał ich więc o to, by aż taką uwagę przywiązywali do rodziny i kultywowania tradycji. Dopiero teraz na jego twarzy pojawiło się coś, co spokojnie można by określić mianem pogardy, niedocenienia. Nie Roberta a tych, o których mówili. Życie byłoby dużo prostsze, gdyby ktoś ich w końcu zaczął kontrolować.
- Nie zamierzałem opierać się wyłącznie na zewnętrznej reakcji, oczywiście - powiedział, dość niemile zaskoczony, że Robert podejrzewał go o taką niechlujność. Nie dał po sobie tego jednak poznać. Nawet lekko uniósł kącik ust. - Oczywiście obserwacja zewnętrznych czynników jest fascynująca, ale to, co mnie najbardziej interesuje, to fizyczne zmiany, które dzieją się w mózgu podczas badań. To one odpowiadają za zachowanie, nie ma więc możliwości według mnie, by badać jedno bez drugiego.
Gdy Robert wspomniał o zaufanym medyku, Rolph westchnął. Tu go miał - Rodolphus dość zazdrośnie strzegł informacji na temat badań, które prowadził. Robert był jedyną osobą, która o nich wiedziała. Nie zaufał nikomu innemu na tyle, by podzielić się tym sekretem. Nikt poza Robertem nie był wystarczająco godny. Wyjątkiem była Bellatrix, której nie powiedział z osobistych względów i zwykłej troski o jej przyszłość.
- Znalezienie odpowiedniej osoby do współpracy może potrwać pół wieku - zauważył, dając delikatną sugestię, że jeżeli Robert ma kogoś takiego w swoim otoczeniu, to dobrze by było, by podzielił się kontaktem. - Nie ufam ludziom w Ministerstwie na tyle, by w ogóle myśleć przy nich o tym, co robimy. Moja rodzina również odpada, nie wszyscy podzielają nasz entuzjazm.
Tym razem nie mógł się powstrzymać i delikatnie nie skrzywić, gdy pomyślał o starszym kuzynie. Nie wiedział jak starszy Lestrange podchodził do tematu. Podobnie jak on sam - zdawał się być gdzieś pośrodku konfliktu. Tylko że Rodolphus grał spektakl życia, a osoba, którą miał na myśli, mogła nie udawać, a naprawdę być.