Przymus był, tak, to znaczy do pewnego stopnia. To, co ich do siebie zbliżyło to był… rozsądek. Uświadomienie sobie, że krzyki i bunt nic sensownego nie przyniesie, a kiedy w końcu oboje po rozum do głowy poszli (a uparci byli oboje okrutnie…), to okazało się, że… w sumie nie jest wcale tak źle? Cham okazał się być całkiem miłym i inteligentnym gościem, który potrafił wyciągnąć ją z jej strefy komfortu, a damulka wyszło, że nie jest tak zadufaną w sobie panną i pomimo tego robotycznego wrażenia, była całkiem uczuciową osobą. Która chciała, by tej drugiej stronie żyło się lepiej. Trudno powiedzieć, kiedy zaczęły się te czekoladki, które okazały się być jakimś takim rytuałem, a które zostały przyjęte bez kręcenia nosem, kiedy dokładnie niechęć przerodziła się w chęć. Więc czy ten przymus wyszedł na gorzej? Nie. Wyszedł na lepiej i Victoria nie miała co do tego wątpliwości. Tak jak wiedziała, że pomimo mrocznego znaku – może na Sauriela liczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Tak samo jak on mógł liczyć na nią. Chyba nie miał co do tego wątpliwości? Ona nie żałowała, że go poznała. Z początku, ten pierwszy miesiąc – wtedy tak. Teraz absolutnie nie. Żałowała, że poznała go tak późno. Wylane miała całkowicie na „łatwiej”, „nie łatwiej”. Życie nie było łatwe. A jeśli nie to by było skomplikowane, to znalazłoby się coś innego.
– Póki co nikt nie wie o tym, że w ogóle się wynoszę – a przynajmniej tak sądziła, że nikt nie zauważył. Rankiem pakowała część rzeczy, wychodziła wcześniej do pracy, zostawiała rzeczy w kamienicy na Pokątnej i szła do Biura. Nie wracała tam potem tego układać, tylko normalnie jak gdyby nic do domu… Robiła to metodycznie. Strzałka nie była ich jedynym skrzatem, tylko tym, który najczęściej robił coś przy niej, natomiast nie należała do niej. Ale gdyby ten ślub doszedł do skutku to chciała wtedy poprosić, żeby dali jej skrzatkę w prezencie, żeby ją stamtąd zabrać, ale teraz? W takich warunkach, kiedy to ona się wynosiła po wielkiej kłótni i nie zamierzała więcej znosić tych wszystkich wymysłów i przymusów, i wrzasków za rzeczy, które nie były jej winą? Nie, wiedziała, że Strzałka zostanie w domu. Było to dla Victorii odrobinę przerażające, ale powtarzała sobie w głowie ciągle, że sobie poradzi. Że musi. Że da radę. Że jak ona nie da, to kto da? Znała te mantrę i modlitwy, towarzyszyły jej przez całą szkołę.
Bo jeśli nie ona będzie najlepsza, to kto?
Uśmiechnęła się pod nosem nim jeszcze zniknęli. Sauriel zamieniał się w debila tylko w obecności Borgina. Więc ona miała na twarzy wymalowaną piękną głupotę? Nie, nie wzięła tego do siebie.
Powzięła naprawdę mnóstwo środków ostrożności, by ta wycieczka była dla Sauriela przyjemnością, a nie bólem spotkania z ogniem. I zgadza się, próbowała go utrzymać przy życiu. Tak jego ciało jak… i jego duszę, rzucając mu pod nogi te kamienie, którymi mógł podążać. Kamienie – bo okruszki rozdziobią ptaki i znikną. Teraz jednak, kiedy wszystko się udało, a polana skąpana w słoniu, teraz całkowicie zakrytym, ani trochę nie wyglądała upiornie. Ptaki siedziały na drzewach i śpiewały, niezrażone – w nocy nigdy ich nie było, bo w nocy spały. Owady bzyczały, latając z kwiatka na kwiatek. Nie było tu nikogo, tylko oni i słońce. Środek lata i środek dnia, i wampir pośród otworzonych, a nie zamkniętych na noc kwiatów. Był dzień… Tylko ciemny jak wieczór, gdy słońce już zajdzie, ale nie jest jeszcze całkowicie ciemno. Słońce zaś pyszniło się ze swoją piękną aureolą.
Victoria też w końcu przeniosła spojrzenie w niebo i nawet przycupnęła sobie na trawie obok Sauriela, gdy ten stał i patrzył. Zerwała sobie malutką stokrotkę i uśmiechnęła się. Był tu taki spokój… Żadnych ludzi, tylko dźwięki natury. Bardziej jednak niż o widok, chodziło Victorii o to, by Sauriel miał możliwość… wyjścia w dzień na słońce. Dania mu tego, co utracił, choćby na krótką chwilę. Przecież całe jego życie i świat nie musiały tonąć w mroku.
– Podobno zaćmienie zdarza się kilka razy do roku, ale nie wszędzie można je obserwować. Za to na tym samym obszarze występuje gdzieś co trzysta, może co czterysta lat – przerwała tę ciszę, porzucając też ten mocno zdystansowany ton, jakim się wypowiadała w rezydencji Rookwoodów. Nie stała się nagle ekspertką od zaćmień i astrologii, po prostu coś takiego powiedziała jej osoba, którą prosiła o dokładne wyliczenia czasu. Mieli niesamowite szczęście, że mogli tego teraz doświadczyć.