26.11.2023, 22:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2023, 20:32 przez Leta Crouch.)
Uśmiech Lety, jaki posłała w odpowiedzi, był dość krzywy. Sama się z tego nie zwierzała, bo i nie było powodów ku temu, ale na własnej skórze przecież zaznała, co oznaczała ta cholerna więź z Beltane. A ile się na samym sabacie działo to już inna sprawa – wynieśli się wszak w ostatniej chwili…
… choć i tak nie było specjalnie różowo i tak nie było. Szalejąca magia, wizyty w śmietniku i te sprawy; nic przyjemnego, wręcz przeciwnie, świat zdawał się wtedy stanąć na głowie. Ale już był lipiec, nie początek maja, wszystko zdawało się znormalnieć – nawet ten psikus spłatany przez cholera-wie-kogo, może nawet samą Panią Księżyca, o ile w ogóle była taka intencja tej, która w teorii patrzyła skądś tam na wszystkie swoje dzieci.
W teorii, bo praktyka sugerowała, że tak ładnie to nie było – chyba że szdło wychodziło z worka dopiero po tym, jak się wybierało na wycieczkę do limbo, z biletem w jedną stronę. Ale tego to się miała dowiedzieć… cóż, zakładała, że za wiele, wiele lat, chyba że jednak grobowiec się kiedyś zawali na ten jej łeb i o, tyle z fantazji odnośnie grzebania sobie w budowlach przodków i odkrywania zapomnianej magii.
Chyba dobrze? Uniosła nieznacznie brew, przenosząc zatem spojrzenie na Longbottom. „Chyba” sprawy tu nie załatwiało, a Crouch jednak nie lubiła, jak coś nie wychodziło, a już na pewno nie w dziedzinach, które to sobie ukochała…
- No to wspaniale – aż klasnęła, zachwycona własnym powodzeniem. Znaczy, to nie tak, że to nie było oczywiste, iż sprawa nie zakończy się powodzeniem, nie? - Ach, to drobiazg – stwierdziła lekko, jakby naprawdę nie było o czym mówić – Współpraca z panią to sama przyjemność – zapewniła jeszcze, poniekąd sugerując, że – no, raczej nie będzie miała powodów, by kazać Brennie pocałować klamkę. Dobra klientka, nie zadaje za dużo pytań (mimo że jest brygadzistką…), do tego płaci bez kręcenia nosem, że drogo. Żyć, nie umierać, naprawdę nie ma co takich klientów odstraszać!
Pożegnała się z nią krótko i łypnęła na Atreusa. Ten się jeszcze nie wyniósł, więc… Hm…
- Pan ma jeszcze jakieś pytania? – zagadnęła całkiem ciepło. Bo może miał. Odnośnie klątwy, a może czegoś innego, cholera wie co mu tam po głowie chodzi… Jak się niebawem okazało – nie miał. Zatem pozostawało już tylko się z nim pożegnać, polecić się na przyszłość (a jakże, przecież nie mogła zaniedbać zasilania majątku) i koniec końców – spojrzeć na całe pomieszczenie, opierając ręce na biodrach.
Nie można powiedzieć, żeby bałagan ją przerażał, bo to i tak był całkiem naturalny stan w jej domostwie (dziw, że skrzat się jeszcze nie załamał i nie zastrajkował), ale… tak, ten krąg na podłodze chociażby był już całkowicie zbędny. I resztek świec też nie potrzebowała. Tak że… pozostawało przywrócić pokój do poprzedniego stanu i zająć się swoimi sprawami.
… choć i tak nie było specjalnie różowo i tak nie było. Szalejąca magia, wizyty w śmietniku i te sprawy; nic przyjemnego, wręcz przeciwnie, świat zdawał się wtedy stanąć na głowie. Ale już był lipiec, nie początek maja, wszystko zdawało się znormalnieć – nawet ten psikus spłatany przez cholera-wie-kogo, może nawet samą Panią Księżyca, o ile w ogóle była taka intencja tej, która w teorii patrzyła skądś tam na wszystkie swoje dzieci.
W teorii, bo praktyka sugerowała, że tak ładnie to nie było – chyba że szdło wychodziło z worka dopiero po tym, jak się wybierało na wycieczkę do limbo, z biletem w jedną stronę. Ale tego to się miała dowiedzieć… cóż, zakładała, że za wiele, wiele lat, chyba że jednak grobowiec się kiedyś zawali na ten jej łeb i o, tyle z fantazji odnośnie grzebania sobie w budowlach przodków i odkrywania zapomnianej magii.
Chyba dobrze? Uniosła nieznacznie brew, przenosząc zatem spojrzenie na Longbottom. „Chyba” sprawy tu nie załatwiało, a Crouch jednak nie lubiła, jak coś nie wychodziło, a już na pewno nie w dziedzinach, które to sobie ukochała…
- No to wspaniale – aż klasnęła, zachwycona własnym powodzeniem. Znaczy, to nie tak, że to nie było oczywiste, iż sprawa nie zakończy się powodzeniem, nie? - Ach, to drobiazg – stwierdziła lekko, jakby naprawdę nie było o czym mówić – Współpraca z panią to sama przyjemność – zapewniła jeszcze, poniekąd sugerując, że – no, raczej nie będzie miała powodów, by kazać Brennie pocałować klamkę. Dobra klientka, nie zadaje za dużo pytań (mimo że jest brygadzistką…), do tego płaci bez kręcenia nosem, że drogo. Żyć, nie umierać, naprawdę nie ma co takich klientów odstraszać!
Pożegnała się z nią krótko i łypnęła na Atreusa. Ten się jeszcze nie wyniósł, więc… Hm…
- Pan ma jeszcze jakieś pytania? – zagadnęła całkiem ciepło. Bo może miał. Odnośnie klątwy, a może czegoś innego, cholera wie co mu tam po głowie chodzi… Jak się niebawem okazało – nie miał. Zatem pozostawało już tylko się z nim pożegnać, polecić się na przyszłość (a jakże, przecież nie mogła zaniedbać zasilania majątku) i koniec końców – spojrzeć na całe pomieszczenie, opierając ręce na biodrach.
Nie można powiedzieć, żeby bałagan ją przerażał, bo to i tak był całkiem naturalny stan w jej domostwie (dziw, że skrzat się jeszcze nie załamał i nie zastrajkował), ale… tak, ten krąg na podłodze chociażby był już całkowicie zbędny. I resztek świec też nie potrzebowała. Tak że… pozostawało przywrócić pokój do poprzedniego stanu i zająć się swoimi sprawami.