27.11.2023, 16:36 ✶
Pod jej palcami migotał, błyszczał jak pierdolona gwiazda, której składała najdroższe sercu życzenia. Marzenia, za które oddać mogła wszystko i wszystkich – chociaż tutaj i teraz, pod żebrami tej przeklętej altanki, to właśnie czyniła. Gotowa była zostawić za sobą kronikę całego, niekrótkiego, choć kompletnego, życia. Wszystko dla namiętności która wyścielała serce i szeptała, że nigdy bardziej nie pokocha, nigdy nie wypije ambrozji euforycznej miłości, nigdy nigdy nigdy, na pewno nie bez obecności niego, Murtagha. Ich serca wybijały ten sam rytm, miał być tym jedynym i przeznaczonym, wierzyła w to uczucie niczym najbardziej oddana kapłanka i za to uczucie była gotów zginąć.
– Tak. Chcę być twoja. Już na zawsze – wyszeptała wzruszona.
Nawet nie targana emocjami tak silnymi jak dziś, była skłonna do czynów impulsywnych oraz lekkomyślnych; rzęsiste łzy zbierające się pod powiekami, głosy zaklęte w fałdach głosowych i dużo, ale to bardzo dużo pokładów młodzieńczej, jeszcze infantylnej naiwności. Bo młodość rządziła własnym dekalogiem i nikt jej tego nie mógł odebrać, a przynajmniej nie miał takiego prawa. Otarła jego łzy, pieczętując deklarację żarliwym pocałunkiem, obietnicą, której świadkami byli oni oraz niebo, zsyłające na nich dryfujące niespiesznie płatki śniegu.
Ale niepokój, zżerający ją od już od poranka, albo i wczesnych godzin nocnych, powrócił. Wykleił ściany żołądka, potrząsnął jej drobną osobą i zatrząsł gwałtownie. Coś zaigrało majakiem w kącie oka, przebłysk, tudzież zagubiona świetlna łuna szukająca schronu, choć najpewniej to tylko śnieżny płatek.
– Musimy uciec dziś. Teraz, zaraz.
Nie miała planu, ale żadne z nich nie przygotowało się na taką możliwość. Wzięła kilka wydechów i spróbowała wyciszyć choćby na chwilę zmącone emocjami wnętrze. Posiadała kilka pamiątek na których jej zależało, nie wspominając już o szatach i bibelotach, bez których trudno byłoby jej odejść. Uzgodnili, że razem udadzą się do domu Murtagha, a następnie ukradkiem do posiadłości Burke, gdzie po raz ostatni, pożegna się z dalekimi od idylli dziecięcymi oraz nastoletnimi echami, gdzie raz na zawsze odejdzie od murów domu, który nie chciał jej pokochać, ani przytulić do piersi z troską i matczyną ciepłotą.
Ale przecież było to wszystkim co w życiu znała.
I oto właśnie stali, przed kominkiem, do którego wkroczyć miała tuż po teleportacji ukochanego.
– Kocham cię.
Ścisnęła jego dłoń, zanim rozmył się w oparach magii.
Wspominała go tak długo, na ile pozwalało jej złamane na tysiące skrawków serce; krwawiące, ukrzyżowane i przebite. Usta tęskniły za chłopięcymi wargami, węch za bliskim, wdzierającym się do duszy zapachem, przy którym tak bardzo chciała zasypiać, a na które antidotum szukała w świecie używek.
Nawet szamotaniny z przyszłym mężem nie potrafił wyleczyć i wybić z głowy tej głupiej, parszywej miłości. Niedługo później pozostały jej już tylko zaklęcia, kojące i zacierające ostatnie szczęśliwe emocje wygrawerowane w gorejącym sercu.
Zapominała. Coraz bardziej i głębiej zamazywała granicę między snem a jawą. Umysł nigdy nie zapomniał jednakże jednego - roziskrzanego wejrzenia oczu ukochanego na chwilę przed ich ostatecznym rozstaniem. Ale po pewnym czasie nawet i temu obrazowi przypisała miano przedziwnego snu. A raczej koszmaru o fatalnym szczęściu.
– Tak. Chcę być twoja. Już na zawsze – wyszeptała wzruszona.
Nawet nie targana emocjami tak silnymi jak dziś, była skłonna do czynów impulsywnych oraz lekkomyślnych; rzęsiste łzy zbierające się pod powiekami, głosy zaklęte w fałdach głosowych i dużo, ale to bardzo dużo pokładów młodzieńczej, jeszcze infantylnej naiwności. Bo młodość rządziła własnym dekalogiem i nikt jej tego nie mógł odebrać, a przynajmniej nie miał takiego prawa. Otarła jego łzy, pieczętując deklarację żarliwym pocałunkiem, obietnicą, której świadkami byli oni oraz niebo, zsyłające na nich dryfujące niespiesznie płatki śniegu.
Ale niepokój, zżerający ją od już od poranka, albo i wczesnych godzin nocnych, powrócił. Wykleił ściany żołądka, potrząsnął jej drobną osobą i zatrząsł gwałtownie. Coś zaigrało majakiem w kącie oka, przebłysk, tudzież zagubiona świetlna łuna szukająca schronu, choć najpewniej to tylko śnieżny płatek.
– Musimy uciec dziś. Teraz, zaraz.
Nie miała planu, ale żadne z nich nie przygotowało się na taką możliwość. Wzięła kilka wydechów i spróbowała wyciszyć choćby na chwilę zmącone emocjami wnętrze. Posiadała kilka pamiątek na których jej zależało, nie wspominając już o szatach i bibelotach, bez których trudno byłoby jej odejść. Uzgodnili, że razem udadzą się do domu Murtagha, a następnie ukradkiem do posiadłości Burke, gdzie po raz ostatni, pożegna się z dalekimi od idylli dziecięcymi oraz nastoletnimi echami, gdzie raz na zawsze odejdzie od murów domu, który nie chciał jej pokochać, ani przytulić do piersi z troską i matczyną ciepłotą.
Ale przecież było to wszystkim co w życiu znała.
I oto właśnie stali, przed kominkiem, do którego wkroczyć miała tuż po teleportacji ukochanego.
– Kocham cię.
Ścisnęła jego dłoń, zanim rozmył się w oparach magii.
***
Diana nigdy nie pojawiła się w domu Macmillana, a chłopak nigdy nie otrzymał od niej żadnego listu.Wspominała go tak długo, na ile pozwalało jej złamane na tysiące skrawków serce; krwawiące, ukrzyżowane i przebite. Usta tęskniły za chłopięcymi wargami, węch za bliskim, wdzierającym się do duszy zapachem, przy którym tak bardzo chciała zasypiać, a na które antidotum szukała w świecie używek.
Nawet szamotaniny z przyszłym mężem nie potrafił wyleczyć i wybić z głowy tej głupiej, parszywej miłości. Niedługo później pozostały jej już tylko zaklęcia, kojące i zacierające ostatnie szczęśliwe emocje wygrawerowane w gorejącym sercu.
Zapominała. Coraz bardziej i głębiej zamazywała granicę między snem a jawą. Umysł nigdy nie zapomniał jednakże jednego - roziskrzanego wejrzenia oczu ukochanego na chwilę przed ich ostatecznym rozstaniem. Ale po pewnym czasie nawet i temu obrazowi przypisała miano przedziwnego snu. A raczej koszmaru o fatalnym szczęściu.
„Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe
usta moje ulecą, jak dwa skrzydełka ze strachu białe —
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko,
i o twarz mi uderzy płonącą czerwoną rzeką.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.
”
usta moje ulecą, jak dwa skrzydełka ze strachu białe —
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko,
i o twarz mi uderzy płonącą czerwoną rzeką.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.
”
Postać opuszcza sesję
Chwasty trzeba wyrywać.