– Skąd. Doceniam twój perfekcjonizm – skwitowała, bo całkowicie to rozumiała. Sama lubiła, jeśli coś, co sobie zamyśliła, wychodziło bezbłędnie. Owszem, potrzeba było w to przede wszystkim włożyć wysiłek, należało sprawdzić wszystko kilka razy, by wyeliminować wszelkie przeoczenia i pomyłki, trzeba było poświęcić na to więcej czasu niż na zrobienie coś jedynie „po prostu” poprawnie, ale efekt miał być przecież tego wart. I rozumiała, ze Christopher odczuwa coś podobnego względem swoich projektów i kreacji, gdzie zapach musi się łączyć nie „dobrze” a i-de-al-nie. Perfekcjonizm mógł być zmorą, bo solą w oku okazywało się, jeśli coś w małym ułamku odbiegało od ideału, ale czyż piękno nie wymagało takich poświęceń?
Uniosła wyżej brwi, widząc jak Rosier zareagował na jej wzmiankę o mugolach.
– Możesz się pocieszać tym, że większość porządnych czarodziejów nie ma takich skojarzeń – ona miała. Nie ze względu na zamiłowanie do mugoli, a na czteroletnią pracę. To zostawało w człowieku. – Po prostu nie używajcie tego zapachu i po kłopocie – dodała i uśmiechnęła się delikatnie do mężczyzny. – To nie są wcale zbyt wysokie wymagania – w tym wypadku ich gusta i przemyślenia niewiele się od siebie różniły. Ale wcale nie rozpoznała, że dokładnie to samo myślał Christopher. – Jaki zapach? – powtórzyła za nim, odrobinę zaskoczona pytaniem. Zamyśliła się na krótką chwilę. – Bez. Kojarzy mi się z początkiem lata, kiedy bzy kwitną przez te kilka dni. I zapach wosku pszczelego. Nie samego miodu, tylko wosku – pszczoły zapylające kwiaty… Victoria naprawdę kochała rośliny. Już w głowie widziała pokoje w mieszkaniu na Pokątnej, to jak rozłoży tam wszystkie swoje kwiaty, by miały zapewnione odpowiednie warunki słoneczne i przewiewne. Żeby to wszystko się też dobrze komponowało. – Chyba po prostu nie lubię całkowicie słodkich zapachów, tylko coś… przełamanego – bo ani jeden ani drugi zapach jaki wymieniła, nie można było go uznać, za jeden z tych mdląco-słodkich.
– To pewnie przegapiłeś, bo pisali. Statek wynurzał się co ileś lat a potem tonął znowu, z kolei ludzie znikali – westchnęła. – No, nieistotne. Po prostu było z tym dużo roboty – wyjaśniła, nie chcąc się wdawać w niepotrzebne szczegóły, a potem wypuściła głośniej powietrze przez nos, w takim króciusieńkim śmiechu. – A tak, Czarownica – westchnęła. Część znajdujących się osób w tych całych zestawieniach kojarzyła, część była jej kompletnie nieznajoma i szczerze mówiąc nie wiedziała, co tam w ogóle robili. Musieli to chyba być jacyś znajomi redaktorów, bo sama Lestrange miałaby kilka innych propozycji, gdyby ktoś ją zapytał o zdanie – ale nikt nie pytał.
Spokojnie przeszła za Rosierem do jego pracowni, po której rozejrzała się krótko, na moment zawiesiła oko na rysunkach na ścianie, ale w chwili, kiedy Christopher ściągnął zasłonę, pomachał jeszcze różdżką i ich oczom ukazały się dwie suknie, nad którymi pracował, to przestała się kręcić i po prostu spojrzała we właściwym kierunku. Były kompletnie różne od siebie… jak… jak ogień i woda. Victoria przyjrzała się najpierw tej ciemnej, w odcieniach niebieskiego i fioletu, by następnie spojrzeć na tę ognistą. Aż była ciekawa jaki będzie efekt końcowy czerwonej, biorąc pod uwagę jaki obrót przybrała granatowa – a była przecież piękna.
– Widzę, że poszedłeś tutaj w przeciwieństwa? – zapytała i odrobinkę uniosła głowę. – To nie podzieliliście się od startu? – sądziła, że już wiedziała w jakim mniej-więcej kierunku będą chcieli iść, ale słowa Christophera sprawiły, że się nad tym zastanowiła. – Więc… Jak ty byś to widział? – zagaiła ostatecznie, dość bezpośrednio i skierowała spojrzenie ciemnych oczu na Rosiera.