27.11.2023, 23:05 ✶
Brew mu drgnęła, gdy Robert się zirytował. Na wizerunku Mulcibera pojawiła się dość wyraźna rysa, która zaskoczyła Rodolphusa na tyle, by ten uniósł brew i spojrzał ostro w kierunku starszego od siebie mężczyzny, ogniskując wzrok na jego twarzy, drgających mięśniach i szyi, która kurczyła się i rozkurczała, gdy oddychał nieco szybciej. Kto inny może by tej irytacji nie dostrzegł, ale była ona cholernie wyczuwalna dla Rodolphusa. W tej pracy nie było mowy o emocjonowaniu się, myślał że Robert to wiedział. Czyżby się mylił? Milczał jednak, słuchając tego co ma do powiedzenia. Brew powróciła na swoje miejsce, a młody Lestrange zabębnił paznokciami o podłokietnik fotela.
- Bez problemów nie ma rozwiązań- powiedział zimno. Chłód i rzeczowość były jego bronią, gdy w środku wzbierał gniew. Uprzejmy uśmiech, dyskretne pochylanie się nad obiektem i czułe słówka w połączeniu z ciepłym dotykiem potrafiły zadać więcej ran, niż krzyk czy rzucanie zaklęciami. W przypadku Roberta nie miał zbyt dużego arsenału, lecz opanowanie było chyba najlepszą kartą, którą mógł teraz zagrać. - Uważasz, że wyraźnym udziałem jest chodzenie po ministerstwie i pytanie, czy ktoś chce do nas dołączyć?
Zapytał miękko, łagodząc rysy twarzy. Wiedział, że nie miał przed sobą kobiety, na którą by to działało, lecz subtelne zmiany tonu, lekkie przekrzywienie głowy i to bezdenne spojrzenie, niewyrażające negatywnych (ani pozytywnych) emocji powinno pokazać Robertowi, że mimo tego drobnego zgrzytu nie zamierza go atakować.
- Cenna rada i piękne przysłowie. Czyżbyś mówił z autopsji, Robercie? - zapytał uprzejmie, ponownie bębniąc palcami i podłokietnik. Na chwilę przeniósł wzrok na swoją dłoń. Rodolphus miał jedną, ogromną wadę. Mimo całej naukowej pokory, potrafił być kurewsko wręcz butny i arogancki. - Pytam, bo nie bywam w lasach i górach, gdzie można spotkać te hipogryfy. Wracając jednak do sedna naszej rozmowy - za krótko pracuję w Departamencie, by polegać na kimkolwiek, mimo iż są osoby dobrze rokujące. Po twoim odejściu zapanował chaos, nad którym nie potrafią zapanować. I mimo iż wszystko z pozoru wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna... Tak od środka widzi się zgniliznę i fałsz, rdzę która trawi ten mechanizm. Jeżeli to są twoje kontakty, ufam ci. Ale tylko tobie. Swoje kontakty muszę sprawdzić, to zbyt ważna sprawa, by chociażby napomknąć o niej w towarzystwie hipokrytów, którzy teraz pracują w Departamencie.
Dopowiedział, powracając chłodnym spojrzeniem do Roberta. Lestrange w swojej opinii miał dużo więcej do stracenia, niż Mulciber.
- Proponuję zacząć od podstaw. Klasyfikacja na mugolskie pochodzenie i rozrzedzoną, brudną krew do trzech pokoleń. Dane najlepiej będzie zebrać z urzędów lub szpitali mugolskich. W przypadku czarodziejów mamy porządek. Pociągnę za sznurki, sprawdzę sam co się da, dobiorę odpowiednie osoby i prześlę ci sowę. W międzyczasie będę wdzięczny, jeśli uruchomisz dawne kontakty. Jesteś osobą godną zaufania, jedyną jak na razie. Łączy nas wspólny cel i idea, coś większego niż niesnaski czy drobne uszczypliwości, które na pewno pojawią się jak wyboje na naszej drodze, o które łatwo się potknąć. To gra, która zmieni postrzeganie naszego świata i przysłuży się większej sprawie - jasno wyraził swoje stanowisko. Uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie wstawał. Byłoby to wysoce niekulturalne w takiej sytuacji.
- Bez problemów nie ma rozwiązań- powiedział zimno. Chłód i rzeczowość były jego bronią, gdy w środku wzbierał gniew. Uprzejmy uśmiech, dyskretne pochylanie się nad obiektem i czułe słówka w połączeniu z ciepłym dotykiem potrafiły zadać więcej ran, niż krzyk czy rzucanie zaklęciami. W przypadku Roberta nie miał zbyt dużego arsenału, lecz opanowanie było chyba najlepszą kartą, którą mógł teraz zagrać. - Uważasz, że wyraźnym udziałem jest chodzenie po ministerstwie i pytanie, czy ktoś chce do nas dołączyć?
Zapytał miękko, łagodząc rysy twarzy. Wiedział, że nie miał przed sobą kobiety, na którą by to działało, lecz subtelne zmiany tonu, lekkie przekrzywienie głowy i to bezdenne spojrzenie, niewyrażające negatywnych (ani pozytywnych) emocji powinno pokazać Robertowi, że mimo tego drobnego zgrzytu nie zamierza go atakować.
- Cenna rada i piękne przysłowie. Czyżbyś mówił z autopsji, Robercie? - zapytał uprzejmie, ponownie bębniąc palcami i podłokietnik. Na chwilę przeniósł wzrok na swoją dłoń. Rodolphus miał jedną, ogromną wadę. Mimo całej naukowej pokory, potrafił być kurewsko wręcz butny i arogancki. - Pytam, bo nie bywam w lasach i górach, gdzie można spotkać te hipogryfy. Wracając jednak do sedna naszej rozmowy - za krótko pracuję w Departamencie, by polegać na kimkolwiek, mimo iż są osoby dobrze rokujące. Po twoim odejściu zapanował chaos, nad którym nie potrafią zapanować. I mimo iż wszystko z pozoru wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna... Tak od środka widzi się zgniliznę i fałsz, rdzę która trawi ten mechanizm. Jeżeli to są twoje kontakty, ufam ci. Ale tylko tobie. Swoje kontakty muszę sprawdzić, to zbyt ważna sprawa, by chociażby napomknąć o niej w towarzystwie hipokrytów, którzy teraz pracują w Departamencie.
Dopowiedział, powracając chłodnym spojrzeniem do Roberta. Lestrange w swojej opinii miał dużo więcej do stracenia, niż Mulciber.
- Proponuję zacząć od podstaw. Klasyfikacja na mugolskie pochodzenie i rozrzedzoną, brudną krew do trzech pokoleń. Dane najlepiej będzie zebrać z urzędów lub szpitali mugolskich. W przypadku czarodziejów mamy porządek. Pociągnę za sznurki, sprawdzę sam co się da, dobiorę odpowiednie osoby i prześlę ci sowę. W międzyczasie będę wdzięczny, jeśli uruchomisz dawne kontakty. Jesteś osobą godną zaufania, jedyną jak na razie. Łączy nas wspólny cel i idea, coś większego niż niesnaski czy drobne uszczypliwości, które na pewno pojawią się jak wyboje na naszej drodze, o które łatwo się potknąć. To gra, która zmieni postrzeganie naszego świata i przysłuży się większej sprawie - jasno wyraził swoje stanowisko. Uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie wstawał. Byłoby to wysoce niekulturalne w takiej sytuacji.