Avelina rozdzieliła się z Brenną i ruszyła do swojego domu, gdy chciała tylko włożyć klucz w drzwi za jej plecami pojawił się Alexander, wywołał na ustach dziewczyny nawet przyjemny uśmiech sprawiając, że na chwilę umysł oczyścił się z ponurych myśli dotyczących jej relacji z Augustusem i tego, co działo się na statku. Jedyne o czym myślała było to, że chciała wziąć prysznic i zdrzemnąć się przed pójściem na urodziny, ale Alexander zaprosił ją na Lithe, a Avelina nie potrafiła mu odmówić. Powiedziała mu tylko, że może z nim się tam udać na chwilkę, na pół godziny, może godzinkę, ale potem chciałaby się udać do domu, aby przygotować się na urodziny swojej kuzynki. Alexander wykazał się naprawdę dużą dozą zrozumienia, a także troski. Ubrała na siebie szerokie, kwieciste spodnie, a także koszulową bluzkę z krótkim rękawem. Włosy nadal nie chciały współpracować, więc spięła je klamrą z kwiatem.
Wsparta o jego ramię stanęła z nim w kolejce po wianki. Nie potrafiła się skupić, nie potrafiła odsunąć od siebie myśli dotyczących tegodziwnego zmęczenia. Na ramieniu wsiała jej pleciona, jasna torebka, w której miała na wszelki wypadek schowane kilka eliksirów – tak profilaktycznie. Nie ufała za bardzo sabatom, nie po tym, co wydarzyło się na Beltane. Gdy dostała swój wianek wzięła go w ręce nie nakładając go na głowę, bo za bardzo obawiała się tego, co może on uczynić z jej emocjami dzisiaj. Już złapała jedną klątwę przez jedną wiązankę kwiatową, więc nie chciała ryzykować kolejną.
– Myślisz, że są bezpieczne? – zapytała spoglądając na swojego towarzysza. – Raczej nie rozdawaliby czegoś, co jest niebezpieczne, nie? – dopytała czekając jeszcze na jego odpowiedź. Alex zapewne słyszał o tym, co działo się po Beltane, o tych wszystkich klątwach miłosnych, które doprowadzały ludzi do różnych nieodpowiednich sytuacji. Avelina sama opowiedziała mu o swojej głupocie jaką się wykazała podczas tamtego sabatu, dlatego też długo zwlekała z podaniem mu swojego adresu. Alex jednak wykazał się być wobec niej wyrozumiały i wzbudził jej zaufanie.