Roześmiał się szczerze, słysząc odzywkę, która padła z ust jego przyjaciółki. Dla niej mógł być sroką, jak i gnatem. Leonowi zdarzało się chodzić na mugolskie lody i smakiem nie ustępowały w niczym tym tworzonym przez czarodziejów. To właśnie ten smak wynagradzał mu te różnice między czarodziejskimi a niemagicznymi lodami.
— Wolałbym być sroką, niż gnatem. Mógłbym latać i zdobywałbym jakieś świecidełka. Postanowione. — Uważał, że to musiało być wspaniałe... stać się animagiem, zmienić się w ptaka i wzbić się wysoko w powietrze. Świecidełka go nie interesowały, więc mógłby zdobywać je dla niej. Z tego co zaobserwował w tym momencie, jego przyjaciółka doskonale radziła sobie z tym i nie potrzebowała jego pomocy. Z wprawą godną szukającego w rekordowym czasie zdołała wypatrzeć zawieszkę z ametystem. Równie szybko jej palce zacisnęły się na tym wisiorku, odbierając go tamtej kobiecie. Jego przyjaciółka syczała w stronę tamtej klientki niczym wściekły wąż, patrząc na nią spod byka. Spoglądając na Olivię dostrzegł od razu zachodzącą w niej zmianę - to, że się nachmurzyła, ściągnęła brwi w wyrazie głębokiej irytacji i zacisnęła usta w wąską kreskę. Sprawiała wrażenie, jakby była gotowa zapłacić każdą cenę za błyskotkę.
Gdyby to on chciał kupić podobny przedmiot, który wpadłby mu w oko to raczej nie byłby skłonny walczyć o niego do tego stopnia, aby się nachmurzyć, zirytować się i patrzeć na kogoś wzrokiem godnym bazyliszka. Wolał pogodną Olivię, niż zachmurzoną, zirytowaną. Za to byłby skłonny uprzejmie się targować ze sprzedawcą. Po namyśle sam zdecydował się coś kupić przy tym stoisku, a mianowicie breloczek do kluczy z fluorytem. Przekazał sprzedawcy odliczoną kwotę. Po odebraniu przedmiotu od razu doczepił go do swoich kluczy.
— O nich obu. Jesteśmy jednak na stoiskach to chodźmy po świece i kadzidła. Spojrzymy w płomienie po odejściu od kramów. — Sprostował. Wydawało mu się to rozsądnym rozwiązaniem. — Mówiłem również, że rozpalane podczas Lithy ognie mają wielką moc i nawet ty powinnaś dostrzec swoją przyszłość i żebyś nie podchodziło zbyt blisko. — Odniósł się po chwili do znacznie bardziej istotnej części swojej wypowiedzi. Leon doskonale wiedział, że niektórzy czarodzieje podchodzą bardzo sceptycznie do kwestii powiązanych z szeroko pojętym wróżbiarstwem i samych wróżbitów. Nie inaczej było z jasnowidzami, których często postrzegano jako oszustów.
Nie zdołali daleko odejść od tego kramu, kiedy podszedł do nich jego kuzyn. Obdarzył go radosnym uśmiechem.
— Cześć Cain! — Powitał go, wymieniając z nim uścisk dłoni. Dobry nastrój mu dopisywał, odczuwał szczerą radość. Czuł się także znacznie lepiej pod względem fizycznym, gdyż noszony przez niego wianek napełnił go siłami witalnymi, a tych mu zawsze brakowało. Objawy jego choroby stały się również mniej uciążliwe. Przedkładało się to na jego dobre samopoczucie. Leon nie zaprzeczył, że to randka. Olivia była jego przyjaciółką od lat. Jednocześnie podobała mu się jako dziewczyna. Ukrył na moment twarz za swoimi lodami. Wypadałoby je w końcu zjeść. Zrobił to jednak z innego powodu - odczuł lekkie pieczenie policzków.
— Jestem dżentelmenem, nie naprzykrzam się damom. — Odniósł się do słów kuzyna. W jego glosie nie było słychać żadnych pretensji. Dobrze znał swojego kuzyna, będąc przez to świadom jego skłonności do prowokowania, jak i tego że przychodziło mu z pewną łatwością zrażanie do siebie ludzi. Nie był jednak chamem.