Robert był młodszy od Chestera. Znacznie mniej od niego doświadczony. W wielu kwestiach głupszy, ale zarazem - nie głupi. Względem tego ostatniego nie było zresztą miejsca na wątpliwości. Dlatego też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czym mogłoby skutkować przekazanie listu Rookwoodowi. Takiego rozwoju wydarzeń zaś wolałby uniknąć. Z wielu powodów.
Nie odmówił mu, zamiast tego starając się przekierować rozmowę na inne tory. Wiedział o zainteresowaniach swojego brata. Znał plany Richarda, który znacznie lepiej odnajdywał się w magii praktycznej.
- Nasz ojciec raczej by się z Tobą nie zgodził. - wyznał, brnąc w to wszystko jeszcze dalej. Nie kłamał. Niczego nie przekręcał. Mulciberowie zwykli obierać inną ścieżkę kariery niż praca w BUM czy Biurze Aurorów. Frank oczekiwał, że jego synowie podtrzymają rodzinną tradycje.
Gdyby wiedział, że nie uda mu się uniknąć tego, co nastąpiło ledwie chwilę później, na dzielenie się kwestiami bardziej prywatnymi z pewnością by się nie zdecydował. Nauczony był, że te zachowuje się dla siebie. Dzielenie się tym z osobami spoza rodziny nie było mile widziane. Wręcz przeciwnie.
Drobna wpadka sprawiła, że zaczął się denerwować. Im bardziej się denerwował, tym ciężej było mu składać myśli. A skoro z tym ostatnim miał problem, logicznym staje się, że brakowało mu sensownych pomysłów na to, w jaki sposób mógłby z tej sytuacji wybrnąć. W głowie miał jedną, wielką pustkę.
Z tej przyczyny znacznie dłużej zeszło mu z tym, aby jakoś sensownie zareagować na zadane przez Chestera pytanie.
- Naprawę nie mam z tym nic wspólnego. - wreszcie zaczął. Spojrzenie, które utkwił w Chesterze, zdawało się wyrażać nieme uwierz mi. - Ja po prostu... - widać było, że chłopak był tym wszystkim nieco przytłoczony. Obawiał się konsekwencji. Obawiał się, że jeśli pewne rzeczy wyjdą na światło dzienne, będzie miał dość spore kłopoty. I nie będzie miało tutaj znaczenia to, że sam do tego różdżki nie przyłożył. Nie bezpośrednio. - ...miałem kogoś kryć. - wreszcie wyznał jak miały się sprawy. Towarzyszyło temu uczucie... ulgi? - Tylko on na pewno nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu opuścił dormitorium o niewłaściwej godzinie.
Bo i dlaczego Aurelius miałby mieć z tym coś wspólnego? Nie był to pierwszy raz, kiedy znikał żeby spotkać się ze swoją dziewczyną. Kiedy trzeba było ukrywać jego nieobecność przed kadrą nauczycielską. Przed opiekunem domu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jednak, aby brak dalekiego krewnego nałożył się w czasie z czymś takim. W Hogwarcie co prawda sporo się ostatnio działo, ale Robert nie miał żadnych przesłanek ku temu, żeby połączyć ze sobą poszczególne elementy układanki w sposób pozwalający na wysunięcie podejrzeń czy nawet oskarżeń względem Aureliusa.
Poza tym znał go na tyle dobrze, aby taki scenariusz wykluczyć. Burke nie byłby do tego zdolny. Kuzyn zwyczajnie miał pecha. W dodatku - nie po raz pierwszy w życiu.