29.11.2023, 20:19 ✶
Złego diabli nie biorą.
Tyle wystarczyło Mewie do przekonania samej siebie, by przyjść. Jeśli kolejny atak miał mieć miejsce podczas obchodów Lithy, była przekonana, że włos jej z głowy nie spadnie, a ogień piekielny jej nie pochłonie. Złego diabli nie biorą, czart rozpozna swoich.
Nie martwiła się więc czyhającym niebezpieczeństwem, na to czas przyjdzie później, kiedy faktycznie stanie twarzą w twarz z zagrożeniem. Teraz przed oczami miała piękniejszy widok, błękitnooką idyllę, która w klejącej się do ciała sukience skracała żwawo dzielący ich dystans. Nie mogła oderwać od niej wzroku i nie chciała.
Uśmiechnęła się szeroko na powitanie, nie umiejąc uczynić subtelną tej wędrówki, którą odbywało jej spojrzenie, sunąc po wyrwanym z tańca ciele. Nawet jeśli Lorraine pierwsze nie wyciągnęłaby do niej rąk, sama porwałaby ją w ramiona i pomknęła w rytm muzyki. Objęła wiłę szczelnie, gdy rzuciła się jej na szyję, odruchowo podnosząc ją nieco do góry i obracając się z nią wokół ich własnej osi. Po tym króciutkim tańcu, przerywniku wręcz, odstawiła ją na ziemię i nachyliła się nieco, by odgarnąć niesforne jasne kosmyki za ucho ich właścicielki, by nie kleiły się dłużej do jej policzków.
- Uznałam, że jak kocha, to poczeka - oznajmiła bez wahania, obnażając zęby w zuchwałym uśmiechu. Nie czuła się winna, po prawdzie spóźniła się celowo. Choć chciała spędzić z Malfoyówną jak najwięcej czasu, wolała uniknąć wznoszenia modlitw i wszelakich rytuałów. Nie mogła nigdy określić czemu, ale czuła się przy nich niekomfortowo, nieswojo. Może nawet zakłamanie, że powtarza za innymi słowa, w które sama nawet nie wierzy.
Pozwoliła sobie wetknąć kwiatek za ucho, choć nawet nie zdążyła się przyjrzeć, co to za gatunek. Nie miała okazji, bo cały czas wpatrzona była jeśli nie w oczy, to w usta Lorraine - po co miała wznosić modlitwy do bóstw, o których istnieniu nie miała pewności, skoro mogła wyznawać tę, o której cielesności jest przekonana? W tym przypadku nie potrzebowała wiary, w końcu zbadała istotę sprawy własnymi rękami.
I nawet jeśli ktoś śmiałby zwrócić im uwagę o to rzekome świętokradztwo, o nadmierne spoufalanie się na cudzych oczach, bezeceństwa poza ścianami alkowy - co z tego? Maeve nie miała zamiaru martwić się niczym dzisiaj, bez względu na to, czy chodziło o coś tak śmiercionośnego jak możliwy atak Śmierciożerców, czy krzywe spojrzenia i zszargana opinia. Nie przyszła przecież tutaj dla tych tłumów, ani nie na przebłaganie za grzechy, przede wszystkim przyszła tutaj dla Raine. Poza nią świat nie istniał.
Odwróciła wzrok wreszcie, niechętnie i mozolnie, ale tylko dlatego, że królowa tak chciała. Podążyła spojrzeniem za palcem Malfoy, zerkając na wskazane stoisko. Parsknęła cichym śmiechem na wspomnienie ich pamiętnego połowu lilii, który prawie zakończył ich wspólną historię. Jakie one miały szczęście, że Mewa potrafiła pływać oraz unieść więcej niż tylko swój własny ciężar.
- Z chęcią podtopię się dla ciebie raz jeszcze, by ci taki upleść - wyjawiła całkiem szczerze, po czym zaśmiała się ponownie, bo przecież to był tylko żart. Nic więcej, prawda? Chyba to uwielbienie nie szło aż tak daleko, by kochała na zabój i własną zgubę?
Poza tym była pewna, że Lorraine w tym drugiego dna nie będzie się doszukiwać, mimo wrodzonej skłonności do zbędnej analizy. Maeve była święcie przekonana, że Lori nie myślała o niej tak często, jak ona myślała o niej.
Mimo iż błyskawicznie spostrzegła, że jasnowłosa puściła się biegiem do stoiska z wiankami i zarządziła zabawę w ganianego, Chang potrzebowała chwili stania w miejscu, kilku oddechów dosłownie, by przyjrzeć się, jak biegnie przed siebie w zwiewnej sukience, by zaśmiać się serdecznie do siebie na ten widok. Dopiero wtedy dołączyła do niej, choć ze zdecydowanie mniejszą gracją, bo nie miała na sobie czegoś tak zwiewnego, a jedynie podkoszulek z krótkim rękawem i jeansowe spodenki. Maeve zawsze wyglądała dobrze, ładnemu we wszystkim ładnie. Ale nigdy nie tak zniewalająco jak Malfoy.
Tłum był gęsty i przedzierając się przez niego zaczęła żałować, że pozwoliła sobie na tę chwilę opóźnienia - próbowała dorwać Lorraine, ale jedynie odbijała się od masy ludzi wpychającej jej się pod nogi. Kilka osób popchnęła, kogoś nazwała bardzo niepochlebnie, a nawet zdążyła usłyszeć pytanie pełne troski, czy jej aby nie pojebało. Miała chęć odpowiedzieć, że a i owszem, a o co chodzi?, ale nie chciała marnować cennego czasu.
W końcu jednak złapała nadgarstek Lorraine, wyłowiła ją z potoku gawiedzi i silnym gestem przyciągnęła do siebie. Ich twarze się zbliżyły, jakby sugerując tylko jeden możliwy, wręcz oczywisty finisz tej sytuacji, ale Maeve zatrzymała się tuż przed ustami Malfoy. Zamiast pocałunku, obdarzyła ją uśmiechem. Na wszystko przyjdzie pora.
- Co wygrałam? - Zapytała, licząc szczerze na nagrodę. W końcu gra się po to, żeby coś wygrać, prawda? I tym razem wcale nie chodziło jej o wianek.
Tyle wystarczyło Mewie do przekonania samej siebie, by przyjść. Jeśli kolejny atak miał mieć miejsce podczas obchodów Lithy, była przekonana, że włos jej z głowy nie spadnie, a ogień piekielny jej nie pochłonie. Złego diabli nie biorą, czart rozpozna swoich.
Nie martwiła się więc czyhającym niebezpieczeństwem, na to czas przyjdzie później, kiedy faktycznie stanie twarzą w twarz z zagrożeniem. Teraz przed oczami miała piękniejszy widok, błękitnooką idyllę, która w klejącej się do ciała sukience skracała żwawo dzielący ich dystans. Nie mogła oderwać od niej wzroku i nie chciała.
Uśmiechnęła się szeroko na powitanie, nie umiejąc uczynić subtelną tej wędrówki, którą odbywało jej spojrzenie, sunąc po wyrwanym z tańca ciele. Nawet jeśli Lorraine pierwsze nie wyciągnęłaby do niej rąk, sama porwałaby ją w ramiona i pomknęła w rytm muzyki. Objęła wiłę szczelnie, gdy rzuciła się jej na szyję, odruchowo podnosząc ją nieco do góry i obracając się z nią wokół ich własnej osi. Po tym króciutkim tańcu, przerywniku wręcz, odstawiła ją na ziemię i nachyliła się nieco, by odgarnąć niesforne jasne kosmyki za ucho ich właścicielki, by nie kleiły się dłużej do jej policzków.
- Uznałam, że jak kocha, to poczeka - oznajmiła bez wahania, obnażając zęby w zuchwałym uśmiechu. Nie czuła się winna, po prawdzie spóźniła się celowo. Choć chciała spędzić z Malfoyówną jak najwięcej czasu, wolała uniknąć wznoszenia modlitw i wszelakich rytuałów. Nie mogła nigdy określić czemu, ale czuła się przy nich niekomfortowo, nieswojo. Może nawet zakłamanie, że powtarza za innymi słowa, w które sama nawet nie wierzy.
Pozwoliła sobie wetknąć kwiatek za ucho, choć nawet nie zdążyła się przyjrzeć, co to za gatunek. Nie miała okazji, bo cały czas wpatrzona była jeśli nie w oczy, to w usta Lorraine - po co miała wznosić modlitwy do bóstw, o których istnieniu nie miała pewności, skoro mogła wyznawać tę, o której cielesności jest przekonana? W tym przypadku nie potrzebowała wiary, w końcu zbadała istotę sprawy własnymi rękami.
I nawet jeśli ktoś śmiałby zwrócić im uwagę o to rzekome świętokradztwo, o nadmierne spoufalanie się na cudzych oczach, bezeceństwa poza ścianami alkowy - co z tego? Maeve nie miała zamiaru martwić się niczym dzisiaj, bez względu na to, czy chodziło o coś tak śmiercionośnego jak możliwy atak Śmierciożerców, czy krzywe spojrzenia i zszargana opinia. Nie przyszła przecież tutaj dla tych tłumów, ani nie na przebłaganie za grzechy, przede wszystkim przyszła tutaj dla Raine. Poza nią świat nie istniał.
Odwróciła wzrok wreszcie, niechętnie i mozolnie, ale tylko dlatego, że królowa tak chciała. Podążyła spojrzeniem za palcem Malfoy, zerkając na wskazane stoisko. Parsknęła cichym śmiechem na wspomnienie ich pamiętnego połowu lilii, który prawie zakończył ich wspólną historię. Jakie one miały szczęście, że Mewa potrafiła pływać oraz unieść więcej niż tylko swój własny ciężar.
- Z chęcią podtopię się dla ciebie raz jeszcze, by ci taki upleść - wyjawiła całkiem szczerze, po czym zaśmiała się ponownie, bo przecież to był tylko żart. Nic więcej, prawda? Chyba to uwielbienie nie szło aż tak daleko, by kochała na zabój i własną zgubę?
Poza tym była pewna, że Lorraine w tym drugiego dna nie będzie się doszukiwać, mimo wrodzonej skłonności do zbędnej analizy. Maeve była święcie przekonana, że Lori nie myślała o niej tak często, jak ona myślała o niej.
Mimo iż błyskawicznie spostrzegła, że jasnowłosa puściła się biegiem do stoiska z wiankami i zarządziła zabawę w ganianego, Chang potrzebowała chwili stania w miejscu, kilku oddechów dosłownie, by przyjrzeć się, jak biegnie przed siebie w zwiewnej sukience, by zaśmiać się serdecznie do siebie na ten widok. Dopiero wtedy dołączyła do niej, choć ze zdecydowanie mniejszą gracją, bo nie miała na sobie czegoś tak zwiewnego, a jedynie podkoszulek z krótkim rękawem i jeansowe spodenki. Maeve zawsze wyglądała dobrze, ładnemu we wszystkim ładnie. Ale nigdy nie tak zniewalająco jak Malfoy.
Tłum był gęsty i przedzierając się przez niego zaczęła żałować, że pozwoliła sobie na tę chwilę opóźnienia - próbowała dorwać Lorraine, ale jedynie odbijała się od masy ludzi wpychającej jej się pod nogi. Kilka osób popchnęła, kogoś nazwała bardzo niepochlebnie, a nawet zdążyła usłyszeć pytanie pełne troski, czy jej aby nie pojebało. Miała chęć odpowiedzieć, że a i owszem, a o co chodzi?, ale nie chciała marnować cennego czasu.
W końcu jednak złapała nadgarstek Lorraine, wyłowiła ją z potoku gawiedzi i silnym gestem przyciągnęła do siebie. Ich twarze się zbliżyły, jakby sugerując tylko jeden możliwy, wręcz oczywisty finisz tej sytuacji, ale Maeve zatrzymała się tuż przed ustami Malfoy. Zamiast pocałunku, obdarzyła ją uśmiechem. Na wszystko przyjdzie pora.
- Co wygrałam? - Zapytała, licząc szczerze na nagrodę. W końcu gra się po to, żeby coś wygrać, prawda? I tym razem wcale nie chodziło jej o wianek.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —