30.11.2023, 22:04 ✶
Nie wątpił w to, że była zajęta. Nikt w całym pieprzonym Ministerstwie nie był tak zawalony, jak Brenna Longbottom, która brała na siebie absolutnie wszystko, co było możliwe do wzięcia, łącznie z patrolami po Nokturnie. Tak, tak Antek wiedział, bo w miejscu ich pracy to ściany miały uszy, a sekretarki rozpowiadały absolutnie wszystko. I nie był tym zachwycony, ale niewiele w sumie mógł zrobić. Cóż, przynajmniej jej nie groziła eksmisja i kary podatkowe, bo ktoś pilnował ich spraw z ukrycia, pomimo swojej beznadziejnej sytuacji w kontaktach z nią. Czy nie było tak, że Brenna była jego brudnym sekretem?
I ta pełna entuzjazm reakcja, na którą brwi mu nieco drgnęły, chociaż właściwie nie powinien być zaskoczony jej służbowym tonem i przelotnym spojrzeniem. Stłumił westchnienie, ale palce instynktownie przemknęły po kieszeni, szukając paczki z papierosami.
Nie miał pojęcia, że relacja dziewczyny ze Staśkiem była tak wypełniona złymi intencjami, mordem i negatywną energią-szczerze mówiąc, myślał, że brat się z nim droczy, a ona po prostu nie miała okazji starszego bliżej poznać. Uznałby tak to za sukces jej reakcje na jego widok i fakt, że miała ochoty na dzień dobry potraktować go zaklęciem unieszkodliwiającym. Z drugiej strony jednak nie chciałby być kojarzony ze smutkiem i jakimś przybyciem, zwłaszcza, że dzielnie od lat wysyłał kwiaty, ba, nawet wyznał miłość. I naprawdę nie rozumiał, dlaczego tak łatwo się śmiała i rozmawiała z innymi, a z nim to już nie. Uśmiechnął się jednak w charakterystyczny dla siebie sposób, papierosów nie mógł znaleźć, a szkoda.
- A co jest za dwadzieścia siedem minut? - zapytał szczerze zainteresowany, lustrując jej twarz wzrokiem, bo takiej odpowiedzi się nie spodziewał. A w związku z tym, że Longbottom, cóż, była po prostu sobą, mogła równie dobrze mieć umówioną walkę z centaurem na skraju jeziora w Hogwarcie. Kiwnięciem głowy podziękował za dokumenty, układając je w kajecie i oznaczając parafką, skoro musieli pilnować wszystkich tych oficjalnych pierdół. - Jeśli mogę, oczywiście.
Odsunął się nieco, robiąc jej oraz jej towarzyszowi miejsce. No i nawet gdyby był biednym dziadkiem leczącym pieska, nie mogłaby za niego zapłacić, bo z darowizną tego typu wiązało się mnóstwo papierkowo -podatkowej roboty.
- Żeby tylko Ciebie nie spalił, Sadwick jest dobry w tarcze? - mruknął pod nosem, przyglądając się wspomnianemu z przekąsem i niedowierzaniem. Oparł się jednak o dolną część balustrady i po prostu czekał, dając jej pracować.
Ah, te uprzedzenia i prośby, które musieli kierować do czarodziejów, gdyby tylko działały, chociaż w czterdziestu procentach, świat byłby prostszy, a Aurorzy i Brygadziści mieli później mniej roboty na przesłuchaniach, które marnowały zasoby. Bo co ten dziadek mógł zrobić, poza podpaleniem stroju komornika Rodricka? Teleportować się i zostawić dom do przejęcia?Mało eleganckie.
Pan Gregory zareagował wściekłym krzykiem i machaniem rękami w stronę dziewczyny oraz jej towarzysza, a wzorzysty wazon poleciał w jej kierunku, rozbijając się o tarczę i dołączając chyba do talerza — tak można było wnioskować po kawałkach leżących na drewnianej podłodze ciemnego, wąskiego holu. Miał wściekłe, ale i smutne spojrzenie, człowieka uzależnionego i przegranego. Zamachał różdżką. - Nie dostaniecie mojego domu!! Po moim trupie! To się wychowałem, to dom mojego ojca! - wykrzyczał, grożąc pięścią i kolejne zaklęcie podpalające powędrowało w stronę członków brygady.
I ta pełna entuzjazm reakcja, na którą brwi mu nieco drgnęły, chociaż właściwie nie powinien być zaskoczony jej służbowym tonem i przelotnym spojrzeniem. Stłumił westchnienie, ale palce instynktownie przemknęły po kieszeni, szukając paczki z papierosami.
Nie miał pojęcia, że relacja dziewczyny ze Staśkiem była tak wypełniona złymi intencjami, mordem i negatywną energią-szczerze mówiąc, myślał, że brat się z nim droczy, a ona po prostu nie miała okazji starszego bliżej poznać. Uznałby tak to za sukces jej reakcje na jego widok i fakt, że miała ochoty na dzień dobry potraktować go zaklęciem unieszkodliwiającym. Z drugiej strony jednak nie chciałby być kojarzony ze smutkiem i jakimś przybyciem, zwłaszcza, że dzielnie od lat wysyłał kwiaty, ba, nawet wyznał miłość. I naprawdę nie rozumiał, dlaczego tak łatwo się śmiała i rozmawiała z innymi, a z nim to już nie. Uśmiechnął się jednak w charakterystyczny dla siebie sposób, papierosów nie mógł znaleźć, a szkoda.
- A co jest za dwadzieścia siedem minut? - zapytał szczerze zainteresowany, lustrując jej twarz wzrokiem, bo takiej odpowiedzi się nie spodziewał. A w związku z tym, że Longbottom, cóż, była po prostu sobą, mogła równie dobrze mieć umówioną walkę z centaurem na skraju jeziora w Hogwarcie. Kiwnięciem głowy podziękował za dokumenty, układając je w kajecie i oznaczając parafką, skoro musieli pilnować wszystkich tych oficjalnych pierdół. - Jeśli mogę, oczywiście.
Odsunął się nieco, robiąc jej oraz jej towarzyszowi miejsce. No i nawet gdyby był biednym dziadkiem leczącym pieska, nie mogłaby za niego zapłacić, bo z darowizną tego typu wiązało się mnóstwo papierkowo -podatkowej roboty.
- Żeby tylko Ciebie nie spalił, Sadwick jest dobry w tarcze? - mruknął pod nosem, przyglądając się wspomnianemu z przekąsem i niedowierzaniem. Oparł się jednak o dolną część balustrady i po prostu czekał, dając jej pracować.
Ah, te uprzedzenia i prośby, które musieli kierować do czarodziejów, gdyby tylko działały, chociaż w czterdziestu procentach, świat byłby prostszy, a Aurorzy i Brygadziści mieli później mniej roboty na przesłuchaniach, które marnowały zasoby. Bo co ten dziadek mógł zrobić, poza podpaleniem stroju komornika Rodricka? Teleportować się i zostawić dom do przejęcia?Mało eleganckie.
Pan Gregory zareagował wściekłym krzykiem i machaniem rękami w stronę dziewczyny oraz jej towarzysza, a wzorzysty wazon poleciał w jej kierunku, rozbijając się o tarczę i dołączając chyba do talerza — tak można było wnioskować po kawałkach leżących na drewnianej podłodze ciemnego, wąskiego holu. Miał wściekłe, ale i smutne spojrzenie, człowieka uzależnionego i przegranego. Zamachał różdżką. - Nie dostaniecie mojego domu!! Po moim trupie! To się wychowałem, to dom mojego ojca! - wykrzyczał, grożąc pięścią i kolejne zaklęcie podpalające powędrowało w stronę członków brygady.