Zatrzymała się na dłużej, po raz kolejny przy jednym z kramów i wzięła w dłoń zielone szkło, a raczej coś z niego zrobione. Był to najprawdopodobniej wazon, dosyć nietypowy, niewielki, jednak zwrócił jej uwagę. Spoglądała to na niego, to na Rodolphusa i stwierdziła, że jednak odłoży go na miejsce. Wiedziała, jakie miał podejście do takich zbieraczy kurzu, chociaż pewnie jak będą wracać przyciągnie go tutaj znowu, żeby kupić ten wazonik. Nie sądziła, żeby był w stanie jej odmówić, ale póki co poszli dalej.
Płomienie w ognisku tańczyły niczym zaczarowane. Zupełnie przestały interesować ją pląsy kapłanek, liczył się dla niej aktualnie tylko i wyłącznie ogień. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Poczuła dłonie Rolpha, które oplotły ją w pasie, wydawało jej się, że wszyscy którzy byli gdzieś obok zniknęli, a oni we dwójkę trwali w tym miejscu wpatrzeni w te płomienie.
W pewnym momencie dostrzegła kształt, który się w nich pojawił. Chwilę to trwało, nim połączyła ten obraz z tym, co znała. Była to toga, taka jaką nosili magowie Wizengamotu. Czyżby miała nadejść sprawiedliwość. Tyle, że dla kogo, dla niej, jej bliskich, czy wreszcie wszystko się odwróci? Poczuła się trochę nieswojo, bo nie było to jednoznacznie. Zdecydowanie wolałaby to łączyć z tym, że sprawiedliwość dosięgnie wszystkich tych, którzy mieszali w idealnym świecie czystokrwistych czarodziejów.
Obraz zniknął, a ona podniosła głowę i spojrzała na narzeczonego. - Też to widziałeś? - Nie do końca wiedziała, czy tylko ją to spotkało. Nadal czuła się trochę niepewnie, nie miała pojęcia, jak odczytać tę wizję i czy w ogóle powinna brać to na poważnie.