01.12.2023, 00:22 ✶
Pochwaliłby ją za takie przygotowania. On również dbał o finanse ich rodu, bo był osobą z odpowiednim wykształceniem do tego. Część tkwiła w skrytce w Gringottcie, część w domowym sejfie, ale pewne kwoty były również ulokowane w banku w Stanach oraz we Francji. Nie wszystkie posiadłości, które były własnością rodziny Borigin, były na ich nazwisko. Wiedział, że z takimi rzeczami należy działać z głową, zwłaszcza mając na głowie dobro rodzeństwa. Jego oczko w głowie, młodsza siostra, była poza tym wszystkim, co działo się dookoła, rozpieszczona i jasna, błyszcząca. Nie mógł, nie chciał pozwolić, aby cokolwiek jej groziło, zarówno w kwestii zdrowotno-życiowej, jak i zaplecza materialnego. Nie było już ojca, więc Tony razem ze Stanleyem dbali o jej posag.
- Jak zwykle, jesteś bardzo zajęta, co? Odpoczywaj czasem. Ewentualnie, daj się zaprosić na kawę! - rzucił pogodnie w jej kierunku, a w spojrzeniu chłopaka przemknęła jakaś łagodność oraz troska kierowana w stronę brunetki. Spotkanie z przyjaciółką na tle wszystkich ekscesów życia Brenny brzmiało naprawdę normalnie, miło i ciepło. - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły. - dodał jeszcze całkiem szczerze, przesuwając palcami po trzymanych pergaminach, do których wrócił wzrokiem. Zgarnął je za pomocą spinacza tak, aby żaden nie uciekł i wpiął pióro w odpowiednie miejsce w notesie, aby i ono nie wypadło. Lubił swoje pióra. Czemu właściwie cmentarz? Wydarzyło się tam coś ostatnio? Nie dopytał, nie było to na miejscu. Czekał, aż wykona swoje zdanie, chociaż łapał się na tym, że podnosił głowę i zerkał w stronę wnętrza domu, do którego chwile wcześniej weszła. Miło, że nie niszcząc drzwi, ludzie zwracają na nich uwagę na licytacjach.
Antek niewiele jeszcze miał wspólnego z poplecznikami i Voldemortem. Brenna nie mogła wiedzieć o tym, jak późno go w ogóle o tym poinformowano i jak długo trzymano na dystans, bo nie był odpowiedni. Nie chciał nigdy być dziedzicem, po prostu musiał. I nie mam nawet pomysłu, tym bardziej siły, aby przeciwstawiać się dziadkowi. Nie wróżył sobie jednak długiego życia i długiej kariery, dlatego tak starał się w pracy, aby jak najszybciej piąć w górę po szczeblach kariery. Bo co mu zostało? Nawet jeśli byłaby przeciwko niemu w jakimś starciu, nie byłby w stanie i tak Brenny skrzywdzić. Jej obraz z bukietem warzyw i ta czekoladowa żaba w schowku, gdzie chciała go bronić przed jakąś nachalną dziewuchą, wciąż był w nim żywy, nawet jeśli minęło tak wiele lat od tamtego dnia.
Czy on był takim samym Antkiem? Czy ona była taka sama? Pewnie nie.
- Ciężko dyskutować z tym, jak duże masz szczęście, prawda. Proszę się nie przejmować, niech Pan da z siebie wszystko i ją chroni tą tarczą. - odparł, przenosząc wzrok na jej młodszego kolegę. Nie mógł pozwolić, aby towarzyszyła mu zła energia, bo przecież Pan Gregory już trafił płomykiem w jedno ubranie.
Był przerażony, uzależniony i pewnie na głodzie — narkotyków lub alkoholu. Antek na przestrzeni lat nauczył się, że to tacy ludzie właśnie robili największe problemy przy sprawach dotyczących konfiskacji ich majątku. Zresztą, czy każdemu nie pękłoby serce? Słysząc krzyki i rzucane zaklęcie, spojrzał jeszcze, jednak nie ruszył się z miejsca, chociaż miał ochotę. Nie miał uprawnień, nie mógł. Odnotowaliby jego ingerencję w raporcie, a on tu nie był od rzucania zaklęć i obezwładniania dłużników. No i Longbottom była w swojej pracy świetna. Błysk uderzającego framugę płomyka sprawił, że prychnął i wywrócił oczami. No, świetny brygadzista ze świetnym rozpraszaniem, nie ma co. Nie było słychać jednak jęków poparzonych, więc był dobrej myśli.
- Wynoście się! Proszę się wynosić z mojego domu, bo was przeklnę i zabiję! - odgrażał, ulegając panice i przerażeniu. Nie miał zupełnie kontroli, kolejne talerze poleciały, a gdy wyrwała mu różdżkę z dłoni, cofnął się pół kroku i rozejrzał w popłochu, szukając broni. Nie udało mu się jednak dosięgnąć przyborów do kominka, bo Brenna już była przy nim, uniemożliwiając mu ruch. - To mój dom, nie rozumie Pani?- jęknął ze łzami w oczach, szarpiąc się.
- Zapewniam, że Panna Longbottom rozumie, Panie Gregory, ale jednocześnie jest to dom, który Pan sam stracił. - wyjaśnił Anthony, wchodząc do środka i rozglądając się dookoła.. Ruchem dłoni nakazał współpracownikowi brać się do pracy, a asystent brygadzistki złożył kilka podpisu na dokumentach. - Zostawiam go w waszych rękach. Dziękuje za pomoc. Ah i baw się dobrze z przyjaciółką, przyda Ci się na odstresowanie. - mówiąc, podszedł do brunetki i ukłonił się z uśmiechem, a potem wyjął schowane wcześniej pióro i zabrał się do pracy. Oszacowanie wartości majątku drugiego człowieka było cholernie czasochłonne, każdą rzecz trzeba było opisać osobno i często tworzyło to potężne akta. Cóż, musieli zrobić tak, aby wystarczyło na spłatę zadłużenia. - Panie Gregory, niech Pan spakuje swoje rzeczy — te najpotrzebniejsze, jak już Pan załatwi sprawę w Departamencie Aurorów, a wtedy podpisze Pan odpowiednie pisma.
Dodał jeszcze, pozwalając sobie na wyuczony i smutny uśmiech, który komornicy mieć musieli. On mu też nie współczuł, sam sobie ten los zgotował. Anthony zerknął raz jeszcze na Brennę, a potem ruszył do drugiego pokoju.
- Jak zwykle, jesteś bardzo zajęta, co? Odpoczywaj czasem. Ewentualnie, daj się zaprosić na kawę! - rzucił pogodnie w jej kierunku, a w spojrzeniu chłopaka przemknęła jakaś łagodność oraz troska kierowana w stronę brunetki. Spotkanie z przyjaciółką na tle wszystkich ekscesów życia Brenny brzmiało naprawdę normalnie, miło i ciepło. - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły. - dodał jeszcze całkiem szczerze, przesuwając palcami po trzymanych pergaminach, do których wrócił wzrokiem. Zgarnął je za pomocą spinacza tak, aby żaden nie uciekł i wpiął pióro w odpowiednie miejsce w notesie, aby i ono nie wypadło. Lubił swoje pióra. Czemu właściwie cmentarz? Wydarzyło się tam coś ostatnio? Nie dopytał, nie było to na miejscu. Czekał, aż wykona swoje zdanie, chociaż łapał się na tym, że podnosił głowę i zerkał w stronę wnętrza domu, do którego chwile wcześniej weszła. Miło, że nie niszcząc drzwi, ludzie zwracają na nich uwagę na licytacjach.
Antek niewiele jeszcze miał wspólnego z poplecznikami i Voldemortem. Brenna nie mogła wiedzieć o tym, jak późno go w ogóle o tym poinformowano i jak długo trzymano na dystans, bo nie był odpowiedni. Nie chciał nigdy być dziedzicem, po prostu musiał. I nie mam nawet pomysłu, tym bardziej siły, aby przeciwstawiać się dziadkowi. Nie wróżył sobie jednak długiego życia i długiej kariery, dlatego tak starał się w pracy, aby jak najszybciej piąć w górę po szczeblach kariery. Bo co mu zostało? Nawet jeśli byłaby przeciwko niemu w jakimś starciu, nie byłby w stanie i tak Brenny skrzywdzić. Jej obraz z bukietem warzyw i ta czekoladowa żaba w schowku, gdzie chciała go bronić przed jakąś nachalną dziewuchą, wciąż był w nim żywy, nawet jeśli minęło tak wiele lat od tamtego dnia.
Czy on był takim samym Antkiem? Czy ona była taka sama? Pewnie nie.
- Ciężko dyskutować z tym, jak duże masz szczęście, prawda. Proszę się nie przejmować, niech Pan da z siebie wszystko i ją chroni tą tarczą. - odparł, przenosząc wzrok na jej młodszego kolegę. Nie mógł pozwolić, aby towarzyszyła mu zła energia, bo przecież Pan Gregory już trafił płomykiem w jedno ubranie.
Był przerażony, uzależniony i pewnie na głodzie — narkotyków lub alkoholu. Antek na przestrzeni lat nauczył się, że to tacy ludzie właśnie robili największe problemy przy sprawach dotyczących konfiskacji ich majątku. Zresztą, czy każdemu nie pękłoby serce? Słysząc krzyki i rzucane zaklęcie, spojrzał jeszcze, jednak nie ruszył się z miejsca, chociaż miał ochotę. Nie miał uprawnień, nie mógł. Odnotowaliby jego ingerencję w raporcie, a on tu nie był od rzucania zaklęć i obezwładniania dłużników. No i Longbottom była w swojej pracy świetna. Błysk uderzającego framugę płomyka sprawił, że prychnął i wywrócił oczami. No, świetny brygadzista ze świetnym rozpraszaniem, nie ma co. Nie było słychać jednak jęków poparzonych, więc był dobrej myśli.
- Wynoście się! Proszę się wynosić z mojego domu, bo was przeklnę i zabiję! - odgrażał, ulegając panice i przerażeniu. Nie miał zupełnie kontroli, kolejne talerze poleciały, a gdy wyrwała mu różdżkę z dłoni, cofnął się pół kroku i rozejrzał w popłochu, szukając broni. Nie udało mu się jednak dosięgnąć przyborów do kominka, bo Brenna już była przy nim, uniemożliwiając mu ruch. - To mój dom, nie rozumie Pani?- jęknął ze łzami w oczach, szarpiąc się.
- Zapewniam, że Panna Longbottom rozumie, Panie Gregory, ale jednocześnie jest to dom, który Pan sam stracił. - wyjaśnił Anthony, wchodząc do środka i rozglądając się dookoła.. Ruchem dłoni nakazał współpracownikowi brać się do pracy, a asystent brygadzistki złożył kilka podpisu na dokumentach. - Zostawiam go w waszych rękach. Dziękuje za pomoc. Ah i baw się dobrze z przyjaciółką, przyda Ci się na odstresowanie. - mówiąc, podszedł do brunetki i ukłonił się z uśmiechem, a potem wyjął schowane wcześniej pióro i zabrał się do pracy. Oszacowanie wartości majątku drugiego człowieka było cholernie czasochłonne, każdą rzecz trzeba było opisać osobno i często tworzyło to potężne akta. Cóż, musieli zrobić tak, aby wystarczyło na spłatę zadłużenia. - Panie Gregory, niech Pan spakuje swoje rzeczy — te najpotrzebniejsze, jak już Pan załatwi sprawę w Departamencie Aurorów, a wtedy podpisze Pan odpowiednie pisma.
Dodał jeszcze, pozwalając sobie na wyuczony i smutny uśmiech, który komornicy mieć musieli. On mu też nie współczuł, sam sobie ten los zgotował. Anthony zerknął raz jeszcze na Brennę, a potem ruszył do drugiego pokoju.