Od pamiętnego splotu wydarzeń w Kniei Godryka minęło przeszło półtora miesiąca, a konsekwencje tej magicznej nocy kładły się cieniem na życiu zarówno obrońców Polany Ognisk, jak i tych czarodziejów i czarownic, którzy zostali bezpardonowo wywiani z głównego miejsca akcji. Trudno było zapomnieć o krzykach bawiących się ludzi, widoku nadchodzących Śmierciożerców, czy wielkim wietrze, który porywał wszystko, co znalazł na swojej drodze.
W przypadku Camerona poświęcenie się pracy przyniosło całkiem niezłe rezultaty. Szczegóły spotkania z duchem kobiety, starcia z wiedźmą i zabicia ghoula powoli się zacierały, chociaż główne elementy tej niepokojącej przygody dalej krążyły po jego głowie, balansując na cienkiej linii między drugim a trzecim planem. Na pierwszym była praca. Praca i... Heather, oczywiście. Jakże mógł o niej zapomnieć? Teraz gdy w szpitalu panował istny młyn, starał się wykorzystywać każdą wolną chwilę, aby spędzać ją z Rudą.
Mimo to zaproszenie na spotkanie przyjął z lekkimi oporami. Nie dlatego, że nie chciał się zobaczyć z Heather! Co toto nie. Ciężko było jednak nie porównywać festynu z okazji Lithy do tego z początku maja. Z każdym kolejnym krokiem zbliżając się do kamiennego kręgu, wzrok Camerona coraz szybciej przeskakiwał z lewej strony na prawą. Sprawdzał otoczenie, próbując określić, w którą stronę trzeba by było uciekać, gdyby przyszło co do czego... Nawet wymyślił na poczekaniu kilka argumentów, które mogłyby przekonać Wood do tego, aby tym razem podążyć za nim. „Nie możesz mi tego zrobić po raz drugi!” brzmiało chyba całkiem nieźle, co?
Znajomą czuprynę dostrzegł w wewnętrznym kręgu. Zanim jednak zdołał zaskoczyć Rudą, mimowolnie zatrzymał się przy jednym z ognisk, wokół którego tańczyły kobiety z kowenu. Zbliżył się jeszcze bardziej. Może chciał ulec atmosferze tego święta? Dać się oszukać, że faktycznie nic im nie groziło i mógł w spokoju spędzić popołudnie ze swoją „narzeczoną”?
!płomienie