W przeciwieństwie do obietnicy spalenia jego marzeń i planów dotyczących tego popołudnia, iskry ogniska okazały się aż nazbyt łaskawe. Odpoczynek; obietnica niezmąconego niczym spokoju. Wprawdzie nie był pewny na ile mógł wierzyć zaklętym ogniskom i tańczącym wokół nich kapłankom, jednak tym razem był gotów złożyć na ich ręce swoje nadzieje i liczyć na to, że wszystko faktycznie potoczy się zgodnie z planem.
Ustępując miejsca kolejnym gościom festynu, którzy chcieli nacieszyć oczy rytualnymi wywijasami kobiet z kowenu, Cameron powoli wycofał się na tył, poklepując się po kieszeniach. Tym razem udało mu się zrzucić z siebie szpitalny kitel, toteż nie oznajmiał swoim wyglądem wszem i wobec, że w ramach pracy nastawia ludziom kości, waży eliksiry, podpisuje fiolki na magazynie i zamiata klatki schodowe jako stażysta. Biała koszula z podwiniętymi rękawami, beżowe spodnie z lnu... Wyglądał jak człowiek. Tak to jest, kiedy zaczynasz chodzić z gwiazdą. Siłą rzeczy próbujesz się dopasować do jej standardów.
— Och, w-w-wybacz — syknął, gdy próbując uniknąć spotkania z jakimś dwumetrowym dryblasem, wpadł na stoisku z wiankami. Jeden z ozdobnych wazonów na blacie, zachybotał się niebezpiecznie. Na szczęście nie spadł na ziemię. Może to faktycznie będzie dobry dzień? — W-w-właściwie, to wziąłbym jeden. M-mogę?
Delikatny uśmiech Mirabelli Abbott uznał za wystarczającą aprobatę, toteż sięgnął po jeden z jej wytworów. Rozpoznał kilka kwiatów po ich charakterystycznych płatkach, jednak nie zaprzątał sobie zbytnio nimi głowy. Obracając go w palcach, ruszył dalej, rozglądając się przed siebie... Gdzieś tutaj powinna być już Ruda. Chyba, że okazało się, że znowu ma pełnić służbę w sabat. Już ostatnio ją tak wkręcili. Cholerne Ministerstwo Magii, pomyślał z niezadowoleniem, szukając teraz w tłumie charakterystycznych mundurów Brygady Uderzeniowej.
Jego głowa skręcała to w jedną, to w drugą stronę, chłopak cofał się, zatrzymywał, aż w końcu zrobił obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni i... Wtedy – jak za dotknięciem magicznej różdżki – dostrzegł w tłumie płomienną czuprynę Heather. Ta stała ustawiona tyłem do niego z jakąś inną dziewczyną. Cameron zakradł się powoli w ich stronę po czym wsunął wylosowany wianek na głowę Wood, obejmując ją lekko w talii.
— Już myślałem, że Brenna cię zabrała na patrol! — zażartował w ramach powitania i dopiero po chwili zwrócił się ku towarzyszce rudowłosej. — A kogo my tu m-mamy... — Jego usta ułożyły się w literę „o”, gdy zdał sobie sprawę z czym ma do czynienia. — O, Effy! A to ci dopiero niespodzianka! C-co u ciebie?
Uśmiechnął się pod nosem. Nie miał pojęcia, że miał mieć randkę z nimi obydwiema. Na raz. A może Heather mając na myśli spotkanie, faktycznie miała na myśli zwykły wypad na sabat, a nie randkę? Och, te niedopowiedzenia...
!wianki
[+ Cameron z miejsca przekazuje swój wianek Heather]