Leon nadejście listopada postrzegał jako czas, kiedy należało wyciągnąć z szafy ciepłe swetry i płaszcze. Jesień jako pora roku mu się podobała. Spadające liście z drzew miały swój urok, tak jak przejawiał go jesienny deszcz. Mające pięć dni temu ogłoszenie przez Lorda Voldemorta swojej deklaracji wojny poważnie nim wstrząsnęło. Posiadał w swojej rodzinie Aurora, którego również dotknęło powstałe przez ten manifest zamieszanie. Utrzymywał kontakt ze swoimi znajomymi mugolskiego pochodzenia i to w nich uderzało najbardziej, zaburzając ich poczucie bezpieczeństwa.
— Cześć, Brenna — Przywitał się z nią, jak tylko został przez nią zauważony. Nie zamierzał ukrywać swojej obecności, a nawet jakby chciał to szelest liści zdradzał każdy jego krok. Jego wzrok również padł na wskazywaną przez czarownicę wiszącej na bramie domu tabliczce z informacją o sprzedaży domu.
— O ich wyprowadzce dowiedziałem się od ojca. Chciał napisać artykuł do Proroka Codziennego zawierający wypowiedzi czarodziejów i czarownic mugolskiego pochodzenia odnośnie tego manifestu, bez podawania ich tożsamości do publicznej wiadomości i większość z nich nie chciała się zgodzić na udział w takim wywiadzie. Dobrze ich rozumiem. Parkerowie nie będą jedyni. Carterowie także to rozważają. — Niemieszkający już w Dolinie Godryka Leon zdradził powód swojej wizyty. Odwiedzał tam rodzinę. Podzielał stanowisko swojego ojca odnośnie tego manifestu Lorda Voldemorta, sprzeciwie wobec poglądów tego czarnoksiężnika. Wczuwał się w drugą stronę, czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Gdyby odważyli się zabrać głos, a ich tożsamość została ujawniona to mogły dotknąć ich poważne konsekwencje. Życie stanowiło najwyższą wartość.