04.12.2023, 03:09 ✶
Dianie koniec końców udało się dowiedzieć po co w ogóle na te trybuny miała zawitać i dziękować mogła wyłącznie sobie i tylko sobie – bo jej kurwa nikt nie chciał powiedzieć. Niestety nie rozwiało to resztki nawarstwiających się pytań, na które odpowiedzi nie posiadała, a wstydziła się Alexa póki co zapytać (bo Loretta ich słyszeć ZDECYDOWANIE nie powinna, nie kiedy Mulciber świadoma była jak potężne klątwy potrafiła ciskać w stanie lekkiego podkurwienia). Gdyby włamała się do ćpuńskiego mózgu szwagra i połączyła z ostatnim zdychającym neuronem to nie znalazłaby tam wiele treści (przywykła), ale zastanawiające, iż chcieliby razem odkryć następujące zagadki:
Dlaczego to Louvain walczył o pusię honor Loretty, a nie sam Alex i w ogóle o co chodziło z tym całym honorem, bo konceptu Diana za grosz nie potrafiła zrozumieć (samej żadnej godności już nie posiadając). No i sam Nott i o co z typem chodziło, bo brzydki raczej nie był, z daleka nawet przystojny, więc Diana nie pojmowała ogromu dramatu jaki rozgrywał się na kartach ich niezwykle barwnych biografii. Czy chodzić mogło o dziewictwo? Nie, cholera, nie mogło o to chodzić.
Zanim wtłoczyła się do karocy zarzucając na siebie elegancki czarny szal, dopadła Louvaina, którego lekko przytrzymała za ramię. Uśmiechnęła się do niego początkowo życzliwie, potem zaś źrenice jej zwęziły się jak u polującego na niewinne baranki czorta i wargi wygięły się w kokieteryjnym grymasie.
– Wspaniały pojedynek, Lou, świetnie walczyłeś... – pomacała go po bicepsie, którego palce bezwiednie zaczęły ugniatać i masować. Kiedy jednak tak przypatrywała się dzielnemu młodzieńcowi, któremu już posyłała flirciarskie szepciki, na sobie poczuła wwiercające się, najpewniej wyimaginowane, spojrzenie Loretty, mogące ciskać w ludzi mocą tysiąca spierdolonych gwiazd. Odsunęła się mimowolnie od Louvaina i odeszła w popłochu do Alexa.
Alex?? Czy oni naprawdę ten-teges? Wiesz już coś?! już miała pytać, ale w karocy za bardzo bujało i koniec końców, odechciało jej się plotkowania.
Nie myślała o niczym. Ani o pracy, ćpaniu, Donaldzie, kochankach, ćpaniu, nadchodzącej imprezie w klubie, ćpaniu, niczym. Umysł jej jakoś dryfował ponad nią, gdzieś w londyńskich obłoczkach, z dala od nich oraz ich snobistycznych mord.
– Maleńka? Bo się zrzygam, Alex– odburczała już w drodze do klubu, poprawiając na nosie swoje okulary i wkraczając do środka z dwójką swoich przyzwoitek pod ramię.
Dlaczego to Louvain walczył o pusię honor Loretty, a nie sam Alex i w ogóle o co chodziło z tym całym honorem, bo konceptu Diana za grosz nie potrafiła zrozumieć (samej żadnej godności już nie posiadając). No i sam Nott i o co z typem chodziło, bo brzydki raczej nie był, z daleka nawet przystojny, więc Diana nie pojmowała ogromu dramatu jaki rozgrywał się na kartach ich niezwykle barwnych biografii. Czy chodzić mogło o dziewictwo? Nie, cholera, nie mogło o to chodzić.
Zanim wtłoczyła się do karocy zarzucając na siebie elegancki czarny szal, dopadła Louvaina, którego lekko przytrzymała za ramię. Uśmiechnęła się do niego początkowo życzliwie, potem zaś źrenice jej zwęziły się jak u polującego na niewinne baranki czorta i wargi wygięły się w kokieteryjnym grymasie.
– Wspaniały pojedynek, Lou, świetnie walczyłeś... – pomacała go po bicepsie, którego palce bezwiednie zaczęły ugniatać i masować. Kiedy jednak tak przypatrywała się dzielnemu młodzieńcowi, któremu już posyłała flirciarskie szepciki, na sobie poczuła wwiercające się, najpewniej wyimaginowane, spojrzenie Loretty, mogące ciskać w ludzi mocą tysiąca spierdolonych gwiazd. Odsunęła się mimowolnie od Louvaina i odeszła w popłochu do Alexa.
Alex?? Czy oni naprawdę ten-teges? Wiesz już coś?! już miała pytać, ale w karocy za bardzo bujało i koniec końców, odechciało jej się plotkowania.
Nie myślała o niczym. Ani o pracy, ćpaniu, Donaldzie, kochankach, ćpaniu, nadchodzącej imprezie w klubie, ćpaniu, niczym. Umysł jej jakoś dryfował ponad nią, gdzieś w londyńskich obłoczkach, z dala od nich oraz ich snobistycznych mord.
– Maleńka? Bo się zrzygam, Alex– odburczała już w drodze do klubu, poprawiając na nosie swoje okulary i wkraczając do środka z dwójką swoich przyzwoitek pod ramię.
Chwasty trzeba wyrywać.