04.12.2023, 12:13 ✶
– Przyjdzie dzień, kiedy cię zamorduję – powiedział Cathal z pewnym zamyśleniem, zwracając się rzecz jasna do Lety. – I każdy sąd by mnie uniewinnił, ale rzecz jasna nie dojdzie do żadnej rozprawy, bo twoje ciało pochłoną piaski pustyni.
Nie, nie mówił poważnie. Chyba. Chociaż ani mina, ani ton, jakim wypowiedział te słowa, nie sugerowały żartu. Za to omal nie roześmiał się na pytanie Ulyssesa, i ugryzł się w język, by nie podsuwać mu ostatecznie na nie odpowiedzi. Nawet dla Cathala, którego umysł też był naznaczony piętnem Milforda, myśli młodego Rookwooda chodziły niekiedy absolutnie niezbadanymi drogami.
Nie zdążył zresztą nawet odpowiedzieć, bo Ulysses wypatrzył kogoś pośród ludzi i wcale nie był to Chester Rookwood.
Gdy podeszli do dziewczyny, Cathal milczał, może nieco dłużej niż by należało. Nie wynikało to wcale z niechęci, a z tego, że przetwarzał informacje. Nie znał Danielle Longbottom – ale i nic dziwnego, była wyraźnie młodsza i prawdopodobnie nie należała do głównej linii rodu, bo był pewien, że nie mignęła mu na żadnym wieczorku czystokrwistych, do udziału w którym zmusiła go ciotka. Ale łatwo było poskładać to, co o tej rodzinie wiedział, co wiedział o Rookwoodach, by szybko dojść do wniosku, że taka znajomość na pewno nie cieszyła Chestera.
Sposób, w jaki Rookwood zaczął nagle mówić i jego mina wiele mówiły. Na przykład dlaczego Ulysses przyprowadził do domu Isabelli Gaunt psa, i dbał o niego z poświęceniem, chociaż ten niszczył meble, wymagał regularnych kąpieli, bo wytarzał się w błocie albo starej rybie i spragniony czułości pakował się na kolana. Wszystko było jasne na tyle, że Cathal postanowił czym prędzej się ewakuować i zabrać ze sobą Alethę.
– Miło panią poznać, panno Longbottom – powiedział w końcu, wyciągając do niej rękę. Uśmiechnął się półgębkiem, niezbyt szeroko, a jego jasnych oczach iskrzyło jakby rozbawienie. – Leta, chyba przy stoiskach widziałem Nell, myślę, że możemy podejść się przywitać – stwierdził, jakby wcale nie widzieli się z Bagshot dziś rano. – Ulysses, damy ci może porozmawiać ze znajomą? – dodał jeszcze, nim położył dłoń na ramieniu Lety i pchnął lekko w tłum. Najwyraźniej gotów, gdyby próbowała protestować, złapać ją za kołnierz i stąd wynieść. Choć wcale nie chciał szukać Nell, a skierować się ku wyjściu...
Nie, nie mówił poważnie. Chyba. Chociaż ani mina, ani ton, jakim wypowiedział te słowa, nie sugerowały żartu. Za to omal nie roześmiał się na pytanie Ulyssesa, i ugryzł się w język, by nie podsuwać mu ostatecznie na nie odpowiedzi. Nawet dla Cathala, którego umysł też był naznaczony piętnem Milforda, myśli młodego Rookwooda chodziły niekiedy absolutnie niezbadanymi drogami.
Nie zdążył zresztą nawet odpowiedzieć, bo Ulysses wypatrzył kogoś pośród ludzi i wcale nie był to Chester Rookwood.
Gdy podeszli do dziewczyny, Cathal milczał, może nieco dłużej niż by należało. Nie wynikało to wcale z niechęci, a z tego, że przetwarzał informacje. Nie znał Danielle Longbottom – ale i nic dziwnego, była wyraźnie młodsza i prawdopodobnie nie należała do głównej linii rodu, bo był pewien, że nie mignęła mu na żadnym wieczorku czystokrwistych, do udziału w którym zmusiła go ciotka. Ale łatwo było poskładać to, co o tej rodzinie wiedział, co wiedział o Rookwoodach, by szybko dojść do wniosku, że taka znajomość na pewno nie cieszyła Chestera.
Sposób, w jaki Rookwood zaczął nagle mówić i jego mina wiele mówiły. Na przykład dlaczego Ulysses przyprowadził do domu Isabelli Gaunt psa, i dbał o niego z poświęceniem, chociaż ten niszczył meble, wymagał regularnych kąpieli, bo wytarzał się w błocie albo starej rybie i spragniony czułości pakował się na kolana. Wszystko było jasne na tyle, że Cathal postanowił czym prędzej się ewakuować i zabrać ze sobą Alethę.
– Miło panią poznać, panno Longbottom – powiedział w końcu, wyciągając do niej rękę. Uśmiechnął się półgębkiem, niezbyt szeroko, a jego jasnych oczach iskrzyło jakby rozbawienie. – Leta, chyba przy stoiskach widziałem Nell, myślę, że możemy podejść się przywitać – stwierdził, jakby wcale nie widzieli się z Bagshot dziś rano. – Ulysses, damy ci może porozmawiać ze znajomą? – dodał jeszcze, nim położył dłoń na ramieniu Lety i pchnął lekko w tłum. Najwyraźniej gotów, gdyby próbowała protestować, złapać ją za kołnierz i stąd wynieść. Choć wcale nie chciał szukać Nell, a skierować się ku wyjściu...