04.12.2023, 19:30 ✶
- Łamanie klątw... widzisz, jak ktoś plóbował tkwić w tym upalcie, chociaż czuł się zdladzany, to po jakimś czasie zaczynał pluć kwiatami. Jedna z członkiń wewnętrznego khrręgu wylądowała przez to w klinice uzdlowicielskiej.
Chociaż brzmiało to dosyć romantycznie, nie było ani trochę fajne - choróbsko osiadało na płucach i mogło doprowadzić do śmierci, jeżeli się nie uporało z nim w porę. Nikomu tego nie życzyła, włączając w to siebie, więc sprawa w Rookwoodem nabrała wtedy jeszcze intensywniejszych obrotów... No bo ona, w przeciwieństwie do niego najwyraźniej, była bardzo zazdrosna i niepewna swojej sytuacji - takie osoby jak Sarah były dla hanahaki idealnymi ofiarami.
- Mimo wszystko wzięłabym nam po jednym. Goło się czuję, nie mając go na głowie. - To przecież był sabat Lithy! To trochę tak, jakby w Ostarę nie posadzić żadnego kwiatu lub nie pomalować żadnego jajka - niby dało się bez tego przeżyć, ale robiło się to, bo to dawało szczęście, działo się rzadko i było wyjątkowe. - Tylko uważaj, bo w tym loku niektóle z nich zaklinała Agatha, gdybyś poczuł się dziwnie, to wymień go od lazu. - Agatha co prawda wisiała na ścianie domu Sarah w jej galerii dobrych momentów, dosyć regularnie bawiły się w kowenie, ale... No cóż, ciężko było ukryć, że się bawiły trochę jak, jak się bawiły dzieci z małych miejscowości - nie miały nikogo innego obok, to godziły się ze sobą, żeby mieć do kogo gębę otworzyć.
Kiedy z tłumu wyłonił się Murtagh, jego siostra miała już twarz zwróconą ku wiankom, więc nie przywitała się z nim od razu, tylko dała popłynąć całemu temu monologowi człowieka aż nazbyt uprzejmego, przynajmniej w jej opinii. Dla Macmillanówny wszelkiego rodzaju obrzędy kowenu były czymś ważnym, ale formułki starych facetów i dokumenty pisane przez urzędników z Ministerstwa Magii - ugh. Z każdym kolejnym słowem brata okularki na jej nosku zjeżdżały coraz niżej, aż wreszcie poprawiła je, wsuwając z powrotem na jego szczyt ruchem pojedynczego palca.
- Mama kazała ci to powiedzieć? - Zachichotała nerwowo. Od tego były przecież młodsze siostry, żeby nie pozostawiać na swoich braciach suchej nitki, tak? Leviathan jak tresowany pies odpowiedział mu równie drętwą gadką, może facetów uczyli tego w jakimś magicznym przedszkolu? Ale musiała przyznać, że... Podobało jej się to, nawet jeżeli dostrzegała w tym lekkie dziwactwo. Ręka nie została jej podana, a uśmiech jej nie wystarczył, więc sama zbliżyła się do niego i pocałowała go w policzek. - Cześć, Molt. - A później wróciła do boku Leviathana. Chciała mu powiedzieć: tata kazał ci to powiedzieć?, już nawet odwróciła w jego kierunku spojrzenie srebrnych tęczówek, ale w całej swojej głupocie nie była aż tak ślepa, żeby tego błagalnego tonu nie zauważyć.
- Napiję się z wami, ale najpielw wianek. A i w tym loku nie ma Sandmana, przyklo mi. Ta dziewczyna co go lobiła jest telaz baldzo zajęta. - Bardzo zajęta spleceniem ich palców i pociągnięciem go w stronę stoiska bez kolejki, bo przecież kapłani nie stali w kolejkach, więc czemu ich przyszli towarzysze życia mieli stać w kolejkach? - Aggie. - Pomachała jej, przemykając pomiędzy straganami do tyłu. Tam, gdzie znajdowały się wianki dopiero co splecione, jeszcze niewystawione do wydawania dalej. Zakładała, że Murtagh idzie za nimi. - Levi, to jest Agatha. Agatha, Leviathan.
Widać było, że chciała sobie wybrać ten wianek sama, ale Agatha z jakimś takim bezczelnym uśmiechem wcisnęła im do rąk te, które akurat trzymała. I z jakiegoś powodu Sarah wydawało się, że to może być błąd... a jednak założyła go na głowę i z podejrzaną na siebie gracją odwróciła się w stronę towarzyszących jej mężczyzn, jakby pozowała do zdjęcia. Wstążka zatrzepotała lekko na lekkim, letnim wiaterku, być może przywołanym przez nią samą.
- Jak wyglądam?
!wianki
Chociaż brzmiało to dosyć romantycznie, nie było ani trochę fajne - choróbsko osiadało na płucach i mogło doprowadzić do śmierci, jeżeli się nie uporało z nim w porę. Nikomu tego nie życzyła, włączając w to siebie, więc sprawa w Rookwoodem nabrała wtedy jeszcze intensywniejszych obrotów... No bo ona, w przeciwieństwie do niego najwyraźniej, była bardzo zazdrosna i niepewna swojej sytuacji - takie osoby jak Sarah były dla hanahaki idealnymi ofiarami.
- Mimo wszystko wzięłabym nam po jednym. Goło się czuję, nie mając go na głowie. - To przecież był sabat Lithy! To trochę tak, jakby w Ostarę nie posadzić żadnego kwiatu lub nie pomalować żadnego jajka - niby dało się bez tego przeżyć, ale robiło się to, bo to dawało szczęście, działo się rzadko i było wyjątkowe. - Tylko uważaj, bo w tym loku niektóle z nich zaklinała Agatha, gdybyś poczuł się dziwnie, to wymień go od lazu. - Agatha co prawda wisiała na ścianie domu Sarah w jej galerii dobrych momentów, dosyć regularnie bawiły się w kowenie, ale... No cóż, ciężko było ukryć, że się bawiły trochę jak, jak się bawiły dzieci z małych miejscowości - nie miały nikogo innego obok, to godziły się ze sobą, żeby mieć do kogo gębę otworzyć.
Kiedy z tłumu wyłonił się Murtagh, jego siostra miała już twarz zwróconą ku wiankom, więc nie przywitała się z nim od razu, tylko dała popłynąć całemu temu monologowi człowieka aż nazbyt uprzejmego, przynajmniej w jej opinii. Dla Macmillanówny wszelkiego rodzaju obrzędy kowenu były czymś ważnym, ale formułki starych facetów i dokumenty pisane przez urzędników z Ministerstwa Magii - ugh. Z każdym kolejnym słowem brata okularki na jej nosku zjeżdżały coraz niżej, aż wreszcie poprawiła je, wsuwając z powrotem na jego szczyt ruchem pojedynczego palca.
- Mama kazała ci to powiedzieć? - Zachichotała nerwowo. Od tego były przecież młodsze siostry, żeby nie pozostawiać na swoich braciach suchej nitki, tak? Leviathan jak tresowany pies odpowiedział mu równie drętwą gadką, może facetów uczyli tego w jakimś magicznym przedszkolu? Ale musiała przyznać, że... Podobało jej się to, nawet jeżeli dostrzegała w tym lekkie dziwactwo. Ręka nie została jej podana, a uśmiech jej nie wystarczył, więc sama zbliżyła się do niego i pocałowała go w policzek. - Cześć, Molt. - A później wróciła do boku Leviathana. Chciała mu powiedzieć: tata kazał ci to powiedzieć?, już nawet odwróciła w jego kierunku spojrzenie srebrnych tęczówek, ale w całej swojej głupocie nie była aż tak ślepa, żeby tego błagalnego tonu nie zauważyć.
- Napiję się z wami, ale najpielw wianek. A i w tym loku nie ma Sandmana, przyklo mi. Ta dziewczyna co go lobiła jest telaz baldzo zajęta. - Bardzo zajęta spleceniem ich palców i pociągnięciem go w stronę stoiska bez kolejki, bo przecież kapłani nie stali w kolejkach, więc czemu ich przyszli towarzysze życia mieli stać w kolejkach? - Aggie. - Pomachała jej, przemykając pomiędzy straganami do tyłu. Tam, gdzie znajdowały się wianki dopiero co splecione, jeszcze niewystawione do wydawania dalej. Zakładała, że Murtagh idzie za nimi. - Levi, to jest Agatha. Agatha, Leviathan.
Widać było, że chciała sobie wybrać ten wianek sama, ale Agatha z jakimś takim bezczelnym uśmiechem wcisnęła im do rąk te, które akurat trzymała. I z jakiegoś powodu Sarah wydawało się, że to może być błąd... a jednak założyła go na głowę i z podejrzaną na siebie gracją odwróciła się w stronę towarzyszących jej mężczyzn, jakby pozowała do zdjęcia. Wstążka zatrzepotała lekko na lekkim, letnim wiaterku, być może przywołanym przez nią samą.
- Jak wyglądam?
!wianki
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.