Postanawiając się przychylić do zdania kobiety, nie zamierzał oferować jej w tym momencie papierosa. W towarzystwie rozważnej kobiety zawsze przyjemniej się przebywało, niż w obecności kobiety będącej jej przeciwieństwem. Chester należał do osób, na których rozsądnie było nie wywierać jakichkolwiek nacisków czy wyrażać swojego niezadowolenia pod jego adresem. Po niedawnych zajściach naprawdę nie był w nastroju do spierania się z przypadkowymi ludźmi.
— Rozsądnie. — Pochwalił takie podejście swojej towarzyszki, na której twarzy odmalowało się szczere zaskoczenie za sprawą przekazanej jej szczerej informacji. — Nie ma pani za co przepraszać. To pierwsze skojarzenie. — Nie dostrzegał powodu do tego, aby go przepraszać. Łatwo było ulec takiemu złudzeniu podczas spoglądania na mężczyznę z małymi dziećmi. Kobieta nie wchodziła z butami w jego życie i nie zapytała w pierwszej kolejności o jego żonę, która nie mogła mu towarzyszyć w tym dniu z tego odeszła z tego świata dziesięć lat temu. Do nadejścia rodziców chłopców powinien wytrzymać bez sięgnięcia po papierosa. Oby tylko nie kazali mu długo na to czekać.
Chester zdołał przekonać się na własnej skórze, że rozdawane przez Mirabellę Abott wianki posiadają magiczne właściwości. Potrafiły wpływać na postrzeganie rzeczywistości i na odczuwane emocje, zaburzając trzeźwość osądu. Doglądanie wnuków pochłaniało większość jego uwagi. Nie uważał aby swobodna rozmowa z kimkolwiek kolidowała z tym, dopóki nie zatraci się w niej do końca i nie straci z oczu chłopców. Ostatnie czego potrzebował to ich zniknięcie, szukanie ich po całym Stonehenge i angażowanie do tego Brygadzistów. Ta, którą właśnie prowadził z Camille, wydawała mu się... przyjemna.
To nie tak, że z powodu swojego zatracania się w czarnej magii i licznych morderstw, jakich dokonał, pozostawał niewrażliwy na piękno świata. Postrzegałby go jako znacznie piękniejszy, gdyby po tym padole nie chodziło pośród czystokrwistych czarodziejów tyle szlam, które powinny jedynie służyć tym pierwszym. Jeśli nie to powinni zostać wykończeni. Wszyscy świętujący tutaj ludzie zdawali się bawić tutaj w najlepsze, jakby dokonany przez niego i pozostałych popleczników Czarnego Pana atak podczas Beltane nie miał miejsca albo właśnie dlatego, że miał miejsce.
— Z tego względu zdecydowałem się zabrać wnuki na ten sabat. — W wypowiedzianych przez niego słowach była jedynie część prawdy. Jego zamiary były głównie podyktowane poczuciem obowiązku, tym, że jako dziadek powinien spędzać czas z wnukami i w ten sposób mógł się wykazać. Dla nich to mogła być ostatnia taka Litha, gdyż świat czarodziejów już nigdy nie będzie taki sam.
Z trudem wywalczony przez niego spokój nie trwał długo, gdyż jakiś mężczyzna postanowił ni stąd, ni zowąd pokropić wodą dotrzymującą mu towarzystwa kobietę. Pierwszą myślą, jaką miał, była ta, że nie potrafi wskazać do którego kowenu należy ten mężczyzna. O ile w ogóle do jakiegoś należał. Mógł być kapłanem w takowym. Drugą myślą była z kolei ta, czy Lazarusowi nie wymknął się jeden z pacjentów Lecznicy Dusz. W pierwszej chwili spojrzał na niego sceptycznie. Gdy się ośmielił zabrać głos i skłonił się przed Camille, odebrał to jako próbę narzucania się kobiecie i zarazem przeszkadzanie im w rozmowie. Posłane ku niemu ostrzegawcze spojrzenie nacechowane było bezwzględnością. Nie miał ochoty na kolejne spotkania z dziwnymi ludźmi, którzy rosili innych wodą. Wykonał krok w stronę tego człowieka, co w jakimś stopniu powinno ostudzić jego zapędy i powstrzymać go od zachowywania się w ten sposób.
— Jeśli uważa pani, że ten odszczepieniec się pani narzuca, mogę nauczyć go moresu. — Zwrócił się do samej Camille, do której ten dziwak zagadnął jako jego pierwszy, tym samym przerywając im rozmowę. Przeszkadzanie innym w dyskusji nie należało do grzecznych. Nie podobało mu się też to, w jaki sposób ten mężczyzna na niego patrzył. Rozmówiłby się z nim na osobności.
— W jednym jednak miał rację. Jest pani piękną kobietą. — Przyznał po tym, jak został tak specyficznie pożegnany przez oddalającego się mężczyznę, mruczącego pod nosem niezrozumiałe dla niego słowa. Wygłoszony przez niego komplement pozostawał szczery. Nie chciał aby został on uznany za przejaw impertynencji z jego strony. W przeciwieństwie do tamtego dziwadła nie chciał się narzucać kobiecie.
Siedmiolatek i pięciolatek uśmiechnęli się szeroko do swojego wujka, gdy ten do nich podszedł. Chester przeniósł na niego spojrzenie, uśmiechając się delikatnie.
— Camille, to mój brat Eryk. — Przedstawił swojej pięknej towarzyszce jednego ze swoich braci.