Spędzając zdecydowanie zbyt wiele czasu w towarzystwie Sauriela, do pewnego stopnia zdołał się przyzwyczaić do przebywania w towarzystwie ludzi, którzy niekoniecznie wiedzieli, kiedy należało się ugryźć w język. Dzisiejsza młodzież była okropna - oczywiście za kilkoma wyjątkami, takimi jak choćby Rodolphus Lestrange - i Robert bardzo dobrze zdawał sobie z tego faktu sprawę. A że zmienić tego nie był w stanie, pozostawało mu wystrzegać się bezsensownej walki z wiatrakami. Z tego też względu nie zareagował na to, w jaki sposób wypowiadał się Anthony. W zasadzie, to znaczną część jego wypowiedzi po prostu zignorował.
- Niekoniecznie, ale nie odmawiaj sobie. - zareagował dopiero w momencie, kiedy ten zapytał o palenie. Sam owszem, również palił, ale wyłącznie cygara. Papierosy nigdy nie były czymś do czego go jakoś szczególnie ciągnęło. Wątpliwym było, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić.
W następnej kolejności ruszył w kierunku najbliższego krzesła. Niezbyt stabilnego, mocno podniszczonego. Podobnie jak cała ta nieruchomość. Obydwoje, Robert i Anthony, niekoniecznie pasowali do tego obrazka. Byli niczym wycięci z innej fotografii. Ale czego nie robi się dla sprawy? Dla wzniosłej idei? Mulciber już dawno temu zdecydował się na wiele poświęceń, a kolejne szły w ślad za tymi pierwszymi.
- Słyszałeś kiedyś o Gregorym Multonie? - zadał pytanie, na które odpowiedzi po prawdzie nie oczekiwał. Wcale. Nie dał nawet dość czasu, aby młody Borgin mógł zaprzeczyć bądź potwierdzić. Zareagować w jakikolwiek sposób. Zaraz bowiem kontynuował. - To uczony. Napisał kilka prac na temat starożytnych run i pieczętowania. Jest dość dobrze zaznajomiony z terenami Skandynawii. - dało się zauważyć, że nazwisko Multon musiało być Robertowi znane. O samej postaci albo sporo wiedział, albo przed tym spotkaniem dobrze się przygotował. W grę mogło też wchodzić połączenie ze sobą pierwszej i drugiej opcji. - Posiada bogate zbiory, przede wszystkim biblioteczne, ale tym co jest istotne dla nas, to głoszone przez niego poglądy odnośnie czystości krwi. - choć na temat Multona i jego poglądów, Mulciber miał swoje zdanie, nie sposób było wychwycić tego, co sam uważał. Starał się nie okazać tego przed młodym naśladowcą. Przedstawiał wszystko jako suche fakty. - Kilkukrotnie zdarzyło mu się na ten temat wypowiadać i niekoniecznie było to zgodne z tym, czego oczekiwalibyśmy od tak szanowanego badacza. Zapewne to rozumiesz? - tutaj na moment przerwał, oczekując jakiejś reakcji. - Niestety Multon niekoniecznie byłby zainteresowany jakimś... porozumieniem. To bardzo uparty człowiek, dlatego nie mamy w jego przypadku zbyt wielkiego wyboru. Jego wypowiedzi nam szkodą, a na to pozwolić niestety nie możemy. - zakończył. Nie było tego dużo, starał się nie zaśmiecać głowy swojego pomocnika stosem informacji zbędnych, które zbyt wiele do całej sprawy nie wnosiły. Nie widział w tym sensu. Podobnie jak świętej pamięci Francis Mulciber wychodził z założenia, że co za dużo to niezdrowo.
A takie niezdrowo może się człowiekowi później odbić.
Niekoniecznie tylko czkawką.
- Udasz się ze mną do domu pana Multona, uprzejmie z nim przywitasz, wyjaśnisz mu nasz punkt widzenia, a następnie pomożesz mi przetransportować kilka pozycji z jego biblioteki. - to ostatnie to tak na pamiątkę. Bonusowo. Skoro Robert miał okazje pozyskać coś cennego, to dlaczego mialby z niej nie skorzystać? Niech pierwszy kamieniem rzuci człowiek, który postąpiłby inaczej. - Zakładam, że mężczyzna może nie być zbyt chętny do tego, aby przyjąć nasz punkt widzenia, ale zapewne jest Ci wiadome, co w takiej sytuacji należy zrobić.
Nie mówił o tym co prawda wprost, ale Anthony musiał dobrze wiedzieć co Robert miał na myśli. Wszak nie było to nic nowego. Z takimi jak Multon, poplecznicy Czarnego Pana zawsze radzili sobie w konkretny sposób. Był to sposób wysoce skuteczny. Dlaczego więc teraz mieliby zaryzykować inne metody? Nie miało to żadnego sensu.