06.12.2023, 02:18 ✶
Nawet najmniejsza iskra wiary może zapoczątkować płomień, które ogrzeje cały naród. Sebastian szczerze wierzył w potęgę religii i powierzenie swych trosk i nadziei Matce. Nawet on sądził, że po poprzedniej wpadce, jaką był atak Śmierciożerców, kowen nie podniesie się zbyt szybko. Ba, wymieniając uprzejmości z paroma kapłankami w kwaterze głównej, miał czasem wrażenie, że Litha mogła zostać odwołana. Wytłumaczenia nie trzeba by było szukać daleko: chęć uszanowania pamięci ofiar, zadbanie o dodatkowe środki bezpieczeństwa, aby jesienne sabaty mogły odbyć się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Wystarczyło tylko ubrać wymówkę w odpowiednie słowa. Tylko tyle by wystarczyło, aby rozgonić tłum i sprawić, aby wszyscy zapomnieli o zbiorowych obchodach.
A jednak władze kowenu miały inne zdanie. Litha nie tylko miała się odbyć, ale być świętowana z pompą. To jednak nie była zasługa kapłanów i kapłanek. Przynajmniej nie w pełni. Mogli sprzedawać wianki, tańczyć pośród ognisk i wznosić modły ku wielkim bóstwom, jednak bez udziału społeczności czarodziejów i czarownic nic z tego nie miałoby dużego sensu. A jednak ludzie się pojawiali. I to tłumnie. I to napawało Macmillana dumą. Skoro jedna decyzja mogła wywołać taki efekt, to jak mogłoby to wyglądać, gdyby udało im w pełni zadbać o bezpieczeństwo gości w nadchodzących miesiącach, współpracując ramię w ramię z Ministerstwem Magii. Nie licząc Longbottomówny, bo ta zawsze wyciągnie z kieszeni jakiegoś czarnoksiężnika albo opętańca, skomentował w myślach z kwaśną miną.
W tej chwili nie pogardziłby jednak towarzystwem Brenny. Działała mu na nerwy, to prawda. Nie znosił tego, że rzucała się na łeb na szyję w morze kłopotów, a po wypłynięciu na powierzchnię, nawoływała do tego, aby i on zaczął się w nich taplać. Inna sprawa, że te problemy zazwyczaj były powiązane z funkcjami, które pełnili na co dzień w Ministerstwie Magii. A mimo to... Mimo to wolał, aby świergotała mu do ucha, niż słuchać tego pyszałkowatego Raphaela, który stał tuż obok niego i od blisko trzydziestu minut zagadywał bandę emerytowanych czarownic, chwaląc się wszystkimi swoimi przywilejami i obowiązkami.
Sebastian wiedział naturalnie, że starszy stopnień kapłan rozkoszował się i popisywał swoim autorytetem. Musiał chyba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że z chwilą powrotu jeszcze wyższych rangą kapłanek kowenu utraci przewagę, którą w swoim pełnym arogancji mniemaniu posiadał. Ja bym na pewno z nimi nie dyskutował, pomyślał, poprawiając nieco napuszone niedawnym myciem włosy. Dzisiaj postanowił przywdziać szaty pomniejszego kapłana kowenu Whitecroft, a w dłoniach ściskał swój osobisty modlitewnik, z którego wystawała garść ruchomych zakładek z różnymi wizerunkami Matki. Miał nadzieję rozdać tego dnia przynajmniej połowę.
Tu i ówdzie przemykały mu mniej lub bardziej znajome twarze. Niektóre kojarzył z pracy, inne z poprzednich sabatów, a jeszcze inne z prywatnego życia. Dawni znajomi, które co roku ściągali cały rodzinami na sabaty i nawet Śmierciożercy nie byli w stanie ich powstrzymać. Miał nawet wrażenie, że gdzieś w tłumie wręcz mignął mu Patrick Steward, jednak ten zjawił się równie szybko, jak i prędko zniknął z pola widzenia. Oczy Sebastiana mimowolnie skierowała się ku pobliskim ogniskom, gdzie tańczyły kapłanki. Każdy wyrażał uwielbienie Matki w inny sposób. Chociaż spektakl był niczego sobie, tak Macmillan nie mógł odwrócić wzroku od ognia.
Nie mógł jednak stać z wykrzywioną głową w nieskończoność, toteż uniósł spojrzenie, a to skrzyżowało się ze wzrokiem innego mężczyzny. Sebastian wstrzymał na moment oddech, a jego mięśnie twarzy stężały, gdy zdał sobie sprawę, kto znajdował się zaledwie parę metrów dalej. Anielskie błogosławieństwo lub diabelskie przekleństwo. Alastor Moody we własnej osobie. Wpatrywał się w aurora przez dłuższą chwilę z nieukrywaną ciekawością, aż po chwili się uśmiechnął w jego stronę. Miał nadzieję, że tego nie zauważył.
Dopiero poklepanie po ramieniu przez kapłana Raphaela sprawiło, że wydał z siebie ciche „hmm” i dołączył do arcynieciekawej rozmowy ze starszymi czarownicami. Ograniczał się jednak do afirmujących mruknięć i uprzejmych, dobrotliwych uśmiechów. Na lepsze towarzystwo raczej i tak nie miał co liczyć tego dnia. Lepiej się było cieszyć tym, co się ma Po prostu trzeba się uśmiechać i machać ręką. Uśmiechać i machać, a wszystko będzie w jak... najlepszym... porządku.
!płomienie
A jednak władze kowenu miały inne zdanie. Litha nie tylko miała się odbyć, ale być świętowana z pompą. To jednak nie była zasługa kapłanów i kapłanek. Przynajmniej nie w pełni. Mogli sprzedawać wianki, tańczyć pośród ognisk i wznosić modły ku wielkim bóstwom, jednak bez udziału społeczności czarodziejów i czarownic nic z tego nie miałoby dużego sensu. A jednak ludzie się pojawiali. I to tłumnie. I to napawało Macmillana dumą. Skoro jedna decyzja mogła wywołać taki efekt, to jak mogłoby to wyglądać, gdyby udało im w pełni zadbać o bezpieczeństwo gości w nadchodzących miesiącach, współpracując ramię w ramię z Ministerstwem Magii. Nie licząc Longbottomówny, bo ta zawsze wyciągnie z kieszeni jakiegoś czarnoksiężnika albo opętańca, skomentował w myślach z kwaśną miną.
W tej chwili nie pogardziłby jednak towarzystwem Brenny. Działała mu na nerwy, to prawda. Nie znosił tego, że rzucała się na łeb na szyję w morze kłopotów, a po wypłynięciu na powierzchnię, nawoływała do tego, aby i on zaczął się w nich taplać. Inna sprawa, że te problemy zazwyczaj były powiązane z funkcjami, które pełnili na co dzień w Ministerstwie Magii. A mimo to... Mimo to wolał, aby świergotała mu do ucha, niż słuchać tego pyszałkowatego Raphaela, który stał tuż obok niego i od blisko trzydziestu minut zagadywał bandę emerytowanych czarownic, chwaląc się wszystkimi swoimi przywilejami i obowiązkami.
Sebastian wiedział naturalnie, że starszy stopnień kapłan rozkoszował się i popisywał swoim autorytetem. Musiał chyba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że z chwilą powrotu jeszcze wyższych rangą kapłanek kowenu utraci przewagę, którą w swoim pełnym arogancji mniemaniu posiadał. Ja bym na pewno z nimi nie dyskutował, pomyślał, poprawiając nieco napuszone niedawnym myciem włosy. Dzisiaj postanowił przywdziać szaty pomniejszego kapłana kowenu Whitecroft, a w dłoniach ściskał swój osobisty modlitewnik, z którego wystawała garść ruchomych zakładek z różnymi wizerunkami Matki. Miał nadzieję rozdać tego dnia przynajmniej połowę.
Tu i ówdzie przemykały mu mniej lub bardziej znajome twarze. Niektóre kojarzył z pracy, inne z poprzednich sabatów, a jeszcze inne z prywatnego życia. Dawni znajomi, które co roku ściągali cały rodzinami na sabaty i nawet Śmierciożercy nie byli w stanie ich powstrzymać. Miał nawet wrażenie, że gdzieś w tłumie wręcz mignął mu Patrick Steward, jednak ten zjawił się równie szybko, jak i prędko zniknął z pola widzenia. Oczy Sebastiana mimowolnie skierowała się ku pobliskim ogniskom, gdzie tańczyły kapłanki. Każdy wyrażał uwielbienie Matki w inny sposób. Chociaż spektakl był niczego sobie, tak Macmillan nie mógł odwrócić wzroku od ognia.
Nie mógł jednak stać z wykrzywioną głową w nieskończoność, toteż uniósł spojrzenie, a to skrzyżowało się ze wzrokiem innego mężczyzny. Sebastian wstrzymał na moment oddech, a jego mięśnie twarzy stężały, gdy zdał sobie sprawę, kto znajdował się zaledwie parę metrów dalej. Anielskie błogosławieństwo lub diabelskie przekleństwo. Alastor Moody we własnej osobie. Wpatrywał się w aurora przez dłuższą chwilę z nieukrywaną ciekawością, aż po chwili się uśmiechnął w jego stronę. Miał nadzieję, że tego nie zauważył.
Dopiero poklepanie po ramieniu przez kapłana Raphaela sprawiło, że wydał z siebie ciche „hmm” i dołączył do arcynieciekawej rozmowy ze starszymi czarownicami. Ograniczał się jednak do afirmujących mruknięć i uprzejmych, dobrotliwych uśmiechów. Na lepsze towarzystwo raczej i tak nie miał co liczyć tego dnia. Lepiej się było cieszyć tym, co się ma Po prostu trzeba się uśmiechać i machać ręką. Uśmiechać i machać, a wszystko będzie w jak... najlepszym... porządku.
!płomienie