Avelina patrzyła z przerażeniem na to co się działo. Nie bała się samego Crowa chociaż obawa względem tego człowieka zawibrowała w jej sercu, ale bała się, że ten bandzior coś mu zrobi, że z jej winy zginie niezamieszany w ten konflikt człowiek. Rosły mężczyzna czuł strach, gdy łańcuch zaciskał się mu na szyi, ale czuł też wściekłość, że dał się tak zajść. Avelina nie wiedziała, co ten myślał, ale miała nadzieję, że żałował iż próbował ich okradać. Założyła ręce na klatce, aby obronić się przed okazywaniem strachu, nie chciała, aby słowa Crowa zostały puszczone z dymem. W końcu osiłek zrezygnował i dał się stąd wywalić, gdy zostali już sami Ave zamknęła jednym machnięciem różdżki sklep i podbiegła do Crowa. Złapała go za ramiona przyglądając się mu bez słowa. Nie potrafiła nic z siebie wyrzucić, zaciągnęła go na zaplecze, gdzie kazała usiąść na krześle, wyciągnęła czystą szmatkę, zamoczyła w wodzie i zaczęła ścierać mu krew z nosa. Kazała mu to przytrzymać i zaczęła szperać w poszukiwaniu odpowiednich eliksirów, które odmierzyła, aby miały odpowiednie proporcje i kazała mu je wziąć. Oczywiście wyjaśniła za co każdy odpowiadał. Gdy już Crow był cały usiadła obok niego i westchnęła ciężko patrząc na niego z ukosa.
– Dziękuję – dodała w końcu i niepewnie położyła dłoń na jego ramieniu.
Sama była zmęczona tą sytuacją, tym strachem, który tkwił w jej brzuchu i zjadał od środka. Chciałaby zahartować się tak, aby nigdy znowu tego nie czuć, aby nie okazywać tak emocji, aby stać się soplem lodu, który byłby w stanie radzić sobie sam. Jej głowa raz po raz odtwarzała to, co zrobił Crow. Był przerażająco potężny, a jego słowa, które mówił wchodził, aż do szpiku kości i zostawały na wieki. Mimo to, czuła ulgę, że jej pomógł.