09.12.2023, 21:25 ✶
Miałem ochotę przekląć słońce za to, że świeciło, a moją żonę za to, że śmiała w tej chwili oddychać tym samym powietrzem co ja. Na bogów, kochałem ją i szanowałem, ale to nie moja wina ani mojego zmęczenia tym bardziej, że mówiła same brednie, a wręcz podchodziła swoimi słowami pod komizm i szantaż emocjonalny. Cholernie mi się to nie podobało, wręcz sprawiało, że czułem dyskomfort, niechęć, odrazę. Nie rozumiałem, o co jej chodziło. Wiem, spóźniłem się, bo byłem na przeklętym statku, ale to nie oznaczało, że ją zdradzałem, że posiadłość w Little Hangleton była złym miejscem do mieszkania, a tym bardziej że ma zabierać MOJE dzieci do teściów. Tę wstawkę o Saurielu ciężko było mi w tej chwili skategoryzować, przyswoić w jakikolwiek sposób, o co jej dokładnie chodziło. Że niby czemu miałem spać z nim w trumnie...? Sam już nie wiedziałem, czy wierzyć w tę jej ciążę, czy raczej to było wyssane z jej palca, argument żeby uciec ode mnie. Chwila, czy ona chciała ode mnie uciekać? Mnie zostawić? MNIE?!
- Imogen... jesteś naćpana czy pijana? - zapytałem przyciszonym głosem, ale nieco ostrym.
Żeby przypadkiem nikt nie dosięgnął słuchem naszych rozmów, wolałem się zatrzymać i wysłuchać, co ma mi jeszcze do powiedzenia, choć zakładałem, że to nic istotnego i się nie pomyliłem. Tylko nie rozumiałem, skąd te emocje na jej twarzy. Łzy w kącikach oczu, drżąca warga. Jeszcze rano było z nią wszystko w porządku i nagle wszystko się zmieniło...? Ot tak, po prostu? Diametralna zmiana?
- Ty serio jesteś w ciąży czy tylko grasz mi na emocjach? Nie podoba mi się to. Zabierzemy chłopców i wrócimy do domu - odparłem, choć nie miałem ochoty wracać z nią do domu. Zacznie serię pytań, a ja potrzebowałem snu i czasu dla siebie by przemyśleć to, czego byłem dziś świadkiem. Spojrzałem na swoją wolną dłoń, ściskając ją w pięść i zaraz puszczając. Dziś zabiłem nimi... człowieka? Można tak rzec, że to coś jeszcze żyło. Może nie w normalny, naturalny sposób, ale jednak. Na dodatek uciekłem dziś z ramion śmierci, myśląc trzykrotnie, że to już koniec, Imogen robiła mi sceny, manipulacje, szantaże na poziomie gówniary. Nie miałem do tego kompletnie głowy. Aż wziąłem między palce tę przeklętą perłę i wyrzuciłem dyskretnie pod nogi. Miałem nadzieję, że to cokolwiek mi pomoże. Kto wie? Może zostałem przeklęty? Jakbym nie miał wystarczająco trosk!
Chciałem już ruszyć w dalszą drogę w kierunku Ojca, ale niespodziewanie zaczęła lecieć na mnie Avelina, która pojawiła się tu znikąd, więc ją odruchowo złapałem, żeby przypadkiem nie upaść wraz z nią. Pomimo fizycznego zmęczenia, które nam towarzyszyło, poszło nie najgorzej. Właśnie, przeklęty... Niechybnie zostałem przeklęty, skoro właśnie stały obok mnie dwie piękności, które kochałem nad życie, a które raczej nie powinny wiedzieć o swoim istnieniu. A właściwie jedna z nich o istnieniu drugiej...?
Westchnąłem ciężko. Z tęsknoty za dawnymi czasami. Z ciężarem teraźniejszości na barkach. Najchętniej oddałbym się ramionom kołdry, odespał to, co zostało mi wyrwane przemocą, czarną magią, ale... Nie dane mi to, kurwa, było. Wpatrywałem się w Avelinę, tak naprawdę nie wiedząc, co mogłem zrobić. Udawać, że nic między nami nie ma...? A też żonie ująć zmartwień, skoro się o nie niezbyt elegancko prosiła...?
- Wszystko w porządku? Jesteś cała? - zapytałem Aveliny, jedno z pytań właściwie wypowiadając na równi z Imogen. Chciałem by to brzmiało jakoś miło z mojej strony, ciepło, ale niezbyt mi wyszło. Byłem wkurzony i nie mogłem się uspokoić od tak, szczególnie że Imogen nie przestawała ze swoją paplaniną i ta jej paplanina non stop obijała mi się o myśli w głębokich, skomplikowanych analizach wraz ze zdarzeniami ze statku oraz całym tym spędem związanym z Lithą. Za dużo bodźców, zdecydowanie za dużo. Popołudnie przebiegało nie po mojej myśli, a najbardziej nie podobało mi się podejście Imogen do ojej osoby oraz fakt, że na jej oczach trzymałem właśnie Avelinę w swoich ramionach.
- Swoją drogą, dobrze cię widzieć... - zacząłem mówić do Aveliny, bo w mojej głowie pojawiła się diaboliczna myśl. Pomyślałem złośliwie, że Imogen należało się oberwać rykoszetem za te swoje teksty. W międzyczasie pomogłem Paxton stanąć na własnych nogach by już nie musiała się na mnie wspierać jak na wieszaku. Co za długo, to niezdrowo dla mojej reputacji. - Avelino, to Imogen, moja przenajdroższa małżonka. Imogen, to Avelina Paxton, aptekarka, u której zaopatruję się w elikisry...
Ładnie, nawet zbyt ładnie je przedstawiłem sobie. Z odpowiednią dawką ślizgońskiego jadu w głosie. Jak za dawnych, dobrych czasów, kiedy moje słowo jeszcze miało jakieś znaczenie.
- Mojej żonie się nudzi i namawia mnie na romans. Może zechciałabyś skorzystać...? - zapytałem Avelinę, jakbym był w tej chwili dżentelmanem. Nie byłem. Nawet się obejrzałem na Imogen z uśmiechem. - Czy może jednak nie chcesz się wyprowadzać do rodziców??? - skierowałem swe słowa już do Imogen. Jeśli chciała grać w brudne karty, to ja brudne karty wyciągałem na stół.
@Avelina Paxton @Imogen Rookwood
- Imogen... jesteś naćpana czy pijana? - zapytałem przyciszonym głosem, ale nieco ostrym.
Żeby przypadkiem nikt nie dosięgnął słuchem naszych rozmów, wolałem się zatrzymać i wysłuchać, co ma mi jeszcze do powiedzenia, choć zakładałem, że to nic istotnego i się nie pomyliłem. Tylko nie rozumiałem, skąd te emocje na jej twarzy. Łzy w kącikach oczu, drżąca warga. Jeszcze rano było z nią wszystko w porządku i nagle wszystko się zmieniło...? Ot tak, po prostu? Diametralna zmiana?
- Ty serio jesteś w ciąży czy tylko grasz mi na emocjach? Nie podoba mi się to. Zabierzemy chłopców i wrócimy do domu - odparłem, choć nie miałem ochoty wracać z nią do domu. Zacznie serię pytań, a ja potrzebowałem snu i czasu dla siebie by przemyśleć to, czego byłem dziś świadkiem. Spojrzałem na swoją wolną dłoń, ściskając ją w pięść i zaraz puszczając. Dziś zabiłem nimi... człowieka? Można tak rzec, że to coś jeszcze żyło. Może nie w normalny, naturalny sposób, ale jednak. Na dodatek uciekłem dziś z ramion śmierci, myśląc trzykrotnie, że to już koniec, Imogen robiła mi sceny, manipulacje, szantaże na poziomie gówniary. Nie miałem do tego kompletnie głowy. Aż wziąłem między palce tę przeklętą perłę i wyrzuciłem dyskretnie pod nogi. Miałem nadzieję, że to cokolwiek mi pomoże. Kto wie? Może zostałem przeklęty? Jakbym nie miał wystarczająco trosk!
Chciałem już ruszyć w dalszą drogę w kierunku Ojca, ale niespodziewanie zaczęła lecieć na mnie Avelina, która pojawiła się tu znikąd, więc ją odruchowo złapałem, żeby przypadkiem nie upaść wraz z nią. Pomimo fizycznego zmęczenia, które nam towarzyszyło, poszło nie najgorzej. Właśnie, przeklęty... Niechybnie zostałem przeklęty, skoro właśnie stały obok mnie dwie piękności, które kochałem nad życie, a które raczej nie powinny wiedzieć o swoim istnieniu. A właściwie jedna z nich o istnieniu drugiej...?
Westchnąłem ciężko. Z tęsknoty za dawnymi czasami. Z ciężarem teraźniejszości na barkach. Najchętniej oddałbym się ramionom kołdry, odespał to, co zostało mi wyrwane przemocą, czarną magią, ale... Nie dane mi to, kurwa, było. Wpatrywałem się w Avelinę, tak naprawdę nie wiedząc, co mogłem zrobić. Udawać, że nic między nami nie ma...? A też żonie ująć zmartwień, skoro się o nie niezbyt elegancko prosiła...?
- Wszystko w porządku? Jesteś cała? - zapytałem Aveliny, jedno z pytań właściwie wypowiadając na równi z Imogen. Chciałem by to brzmiało jakoś miło z mojej strony, ciepło, ale niezbyt mi wyszło. Byłem wkurzony i nie mogłem się uspokoić od tak, szczególnie że Imogen nie przestawała ze swoją paplaniną i ta jej paplanina non stop obijała mi się o myśli w głębokich, skomplikowanych analizach wraz ze zdarzeniami ze statku oraz całym tym spędem związanym z Lithą. Za dużo bodźców, zdecydowanie za dużo. Popołudnie przebiegało nie po mojej myśli, a najbardziej nie podobało mi się podejście Imogen do ojej osoby oraz fakt, że na jej oczach trzymałem właśnie Avelinę w swoich ramionach.
- Swoją drogą, dobrze cię widzieć... - zacząłem mówić do Aveliny, bo w mojej głowie pojawiła się diaboliczna myśl. Pomyślałem złośliwie, że Imogen należało się oberwać rykoszetem za te swoje teksty. W międzyczasie pomogłem Paxton stanąć na własnych nogach by już nie musiała się na mnie wspierać jak na wieszaku. Co za długo, to niezdrowo dla mojej reputacji. - Avelino, to Imogen, moja przenajdroższa małżonka. Imogen, to Avelina Paxton, aptekarka, u której zaopatruję się w elikisry...
Ładnie, nawet zbyt ładnie je przedstawiłem sobie. Z odpowiednią dawką ślizgońskiego jadu w głosie. Jak za dawnych, dobrych czasów, kiedy moje słowo jeszcze miało jakieś znaczenie.
- Mojej żonie się nudzi i namawia mnie na romans. Może zechciałabyś skorzystać...? - zapytałem Avelinę, jakbym był w tej chwili dżentelmanem. Nie byłem. Nawet się obejrzałem na Imogen z uśmiechem. - Czy może jednak nie chcesz się wyprowadzać do rodziców??? - skierowałem swe słowa już do Imogen. Jeśli chciała grać w brudne karty, to ja brudne karty wyciągałem na stół.
@Avelina Paxton @Imogen Rookwood