Nie wszystko było mu dane zrozumieć. Lwia część niezrozumiałych tematów obracała się wokół mugolskiej technologii, wokół całego ich świata i życia. Nie rozumiał też wielu rzeczy ze swojego życia, chociaż przecież to do zrozumienia zawsze dążył - wszak tyle mu pozostawało, gdy do czucia nie był zdolny. Logika. Argumenty, które coś udowadniały, ale najważniejsze - tworzyły ścieżkę, po której dało się podążyć od wydarzenia do jego powodu. Tym razem nie rozumiał czegoś bardziej skomplikowanego - spojrzenia, jakim był obdarzany niejednokrotnie przez Effie. Nie, nie tak zupełnie, bo nie był z tego rodzaju mężczyzn, którzy potrafili zrozumieć jedynie sugestie tak delikatne, jak obuch. Potrafił rozczytać jakimi oczyma na niego patrzyła, ale nie potrafił wytłumaczyć sobie dlaczego.
Zatem dlaczego? Uroda? Istniało wielu mężczyzn przystojniejszych od niego, nie trzeba było nawet daleko szukać, bo w promieniu kilkunastu metrów było ich przynajmniej tuzin. Styl? Błagam, Esmé daleko było do guru mody i, chociażby, aktualny strój pozostawiał wiele do życzenia. Umiejętności? Effie ich nawet nie znała, wszak nie była jego klientką. Charakter? Pomimo kilku spotkań i tak praktycznie się nie znali. Zresztą jej spojrzenie było takie od początku, nim zdążyli nawet odezwać się do siebie. Jasnowłosa była zagadką, w którą Rowle od czasu do czasu angażował się. Chciał zrozumieć, chciał dowiedzieć się czym było to spowodowane. Po prostu przypadkiem? Nie wierzył w przypadki. Wszystko miało jakieś uzasadnienie. Czasami mnogość czynników była nazywana przypadkiem - jako swoisty skrót myślowy. Ale dało się te wszystkie czynniki oddzielić i osobno nazwać. Liczył, że i tutaj tego dokona.
Jednak śledztwa bywały niebezpieczne. Osoba panny Effimery Trelawney była dla Esmé niczym ugryzienie Jarczuka dla czarodzieja - naturalną kontrą. Istotą idealnie przystosowaną do radzenia sobie z takimi, jak on. Z nim. Do jakich kobiet miał słabość? Tak naprawdę, nie było konkretnej reguły, lecz dało się zauważyć schemat. A przynajmniej on go zauważał, a nawet odczuwał. Blondynki zapadały mu w pamięć, a nawet śniły się po nocach, kusząc go swymi wdziękami nawet, gdy był zupełnie bezbronny. Pamiętał też wszystkie niewiasty z dołeczkami w policzkach, pamiętał to dziwne... coś, co odczuwał, gdy patrzył jak się uśmiechają. Pewne... rozsmakowanie w tym widoku. I nie był w stanie zapomnieć tych, którzy bezinteresownie obdarzali go ciepłem, a wręcz lgnął do nich. A Effie? Cóż, Effie posiadała wszystkie trzy cechy - blondynka z dołeczkami w policzkach, która wręcz zalewała rzemieślnika ciepłem, jakie od niej biło. Kombinacja z marzeń i koszmarów Esmé. Hola hola, czemu z koszmarów? Żar miłości był wielki, a kto normalny próbowałby go dotknąć, gdy już raz się nim sparzył, hm?
- Doprawdy? - przeciągnął to słowo, zwężając spojrzenie, jakby chciał dać jej znać, że jest ciekaw dlaczego tak dobrze go widzieć. Mimo tego, że było to najpewniej czystą grzecznością. Dla nonszalanta nie istniały jednak takie słowa, do których nie mógłby się przyczepić, o ile tylko tego chciał. Teraz nie zależało mu na tym, by odpowiedziała, ale chciał, aby zastanowiła się dlaczego to powiedziała. Wszystko tylko po to, aby ją zawstydzić bardziej - samą sugestią, że miałaby mu to wyznać.Wielu podejrzewało, że Rowle jest doskonałym aktorem, że potrafi grać różne charaktery, bo przecież tak różne wydźwięki miewała jego osoba. Wielu go przeceniało. Nie był nawet dobrym aktorem. Był wyśmienitym kłamcą obdarzonym garścią charyzmy, lecz nic ponad to. Wszystkie podejrzenia były błędne już w momencie, w którym zakładano, że Esmé cokolwiek ukrywa, że zasłania swoje prawdziwe emocje jakimś aktem teatralnym. Łatwo było zachowywać spokój, gdy nie czułeś nerwów. Łatwo było pozostawać zadowolonym, gdy nie czułeś smutku. To wszystko było takie łatwe, gdy wydarzenia nie powodowały emocji. Tak, jakby był obleczony w zbroję, której żadna broń nie jest w stanie spenetrować.
Ale każdy dobry płatnerz wiedział, że nawet najwspanialsza zbroja ma swoje słabe punkty i luki.
Drgnął, gdy jego dłoń została pochwycona. Na moment wyglądał na nieco wytrąconego z rytmu. Bo tak było - Effie go zaskoczyła tym nagłym gestem. Z nieco szerzej otwartymi oczyma spojrzał na nią wzrokiem wypełnionym niezrozumieniem. Naprawdę nie potrafił rozgryźć tej kobiety i jej reakcji. To był tylko on i tylko wianek. Nic specjalnego - w obu przypadkach. Syn pary, która nigdy nie miała ze sobą być i syn ludzi, którzy zupełnie nie istnieli - by mógł zachować nazwisko. Zaraz jednak przeniósł spojrzenie na mężczyznę, na Charliego, któremu to rzekomo odbił Effie. Nawet nie potrafiący wpasować się w normy społeczne Esmé wiedział, aby w tym momencie milczeć, nie tłumaczyć, że nikogo nie odbił, bo nie miał nawet zamiaru. Nie miał żadnych zamiarów wobec tej jasnowłosej piękności, chociaż jej uroda nie pozostawała mu obojętna. Ani to ciepło, jakim był przez nią obdarzany. Chociaż brzmiał teraz tak, jakby starał się o jej względy, tak było to dalekie od prawdy. Poniekąd czuł się winny. W końcu bawił się jej uczuciami, zawstydzał ją tylko dla własnej uciechy, nie zważając na to, co wewnątrz niej pielęgnował za pomocą tej zabawy. Jednak każdy był bohaterem w swojej własnej bajce, prawda? Jego pojawianie się i znikanie z jej życia było metodą, aby nigdy, przenigdy ich relacja nie stała się poważniejsza. Żeby zawsze był tylko tym... kimś, kim dla niej był. Nikim więcej. Jakiekolwiek uczucie w niej rozwijał, jakimkolwiek go darzyła, tak nie zamierzał jej skrzywdzić. Czy próbował ją w sobie rozkochać? Nie. A jeżeli tak się stanie? To lepiej, żeby tej lekcji nauczyła się przy nim, niż przy kimś, kto te uczucia mógłby obrócić przeciwko niej. Na niego, cóż, były po prostu marnowane.
Nie spodziewał się, że Charlie odejdzie. Odprowadził go wzrokiem kawałek, zaraz zdając sobie sprawę, że jego palce zostały splecione z palcami Effie. Dawno nie czuł tego bólu. Milczące blizny dawnej relacji odzywały się najczęściej właśnie przy takich drobnych gestach. Przeniósł swe ciemne spojrzenie na blondynkę, która tym razem właściwie sama się zawstydziła. On nawet nic nie musiał robić. Zaśmiał się lekko, widząc jak oblewa ją rumieniec, gdy zabrała rękę. Teraz to on sięgnął po jej dłoń - wręcz natychmiastowo po tym, jak ona sama wypuściła jego. Położył ją sobie na swojej lewej dłoni, by drugą zamknąć ją, niczym trzymałby drobnego ptaszka - na tyle delikatnie, by go nie zmiażdżyć, ale na tyle pewnie, by nie uciekł.
- Nie masz za co. - mruknął, gładząc jej rękę. Jego dłonie były szorstkie, nieco suche i z wieloma odciskami. Spracowane tak, jakby wcale nie był czarodziejem. - To dobra dłoń. Delikatna i ciepła. - przestał ją trzymać, otwierając swoje dłonie. Mogła zabrać rękę, o ile tego tylko chciała. - Powinienem podziękować. Nie zasługuję na nią. - dodał, uśmiechając się nieznacznie, nie patrząc teraz na Effie, ale na jej drobną dłoń. W tych słowach zabrzmiała szczerość z głębi duszy. Naprawdę nie zasługiwał na te uczucia, na te wszystkie gesty, jakimi był obdarowywany przez jasnowłosą. Tym gorzej zaczynał się czuć, że pozwalał sobie na tak wiele wobec niej, nie zważając na destrukcję. Ale robił to nie pierwszy raz. Robił to nagminnie, wykorzystując wszystkich i wszystko dookoła, byleby tylko coś poczuć. Tak jak teraz - zniesmaczenie samym sobą. Nawet to uczucie było mile widziane, gdy brakowało na co dzień jakichkolwiek. Musiał traktować ludzi jak swoiste źródła, z których nie bał się czerpać. Albo je wyczerpie, albo umrze z pragnienia.Spojrzał jeszcze raz po zgromadzonych. Heather Wood. Któż by jej nie znał? Szukająca, której wizerunek nie raz widywał w gazetach. Pierwszy raz miał przyjemność zobaczyć ją z bliska i to na żywo. Niestety albo stety, Esmé nie dbał o sławę. Najsławniejsi ludzie byli dla niego tyle samo warci, co ci, o których świat zapomniał. W końcu był sobą, pojedynczym mężczyzną, a nie całym światem, który się zachwycał celebrytami. Nie potrafił uznać cudzych wartości za swoje, zatem nie potrafił też czuć zachwytu lub onieśmielenia jej osobą. Jej umiejętności zdecydowanie mu imponowały, lecz... to by było na tyle. Geraldine jeszcze bardziej imponowała mu umiejętnościami, a wcale nie była aż tak sławna. Imponował mu też Beksa, gdy w ciemności łapał muchę w mniej niż trzy sekundy po jej wtargnięciu do pomieszczenia. A Beksa zdecydowanie nie był sławą tak w świecie Smoczoogników, jak i ludzi.
Nie znał ich. Mógł o nich słyszeć, ale nie znał ich i, będąc szczerym, nie potrzebował ich znać. Nie czuł powodu, by ich poznawać. Jakkolwiek przedmiotowo to nie brzmiało, tak Effie mu wystarczała, by się nie nudzić. Zatem wrócił do niej spojrzeniem, przechylając głowę na bok, pozwalając sobie na chwilę wpatrywania się w nią i w jej urodę. Ostatnio... ostatnio naprawdę miał szczęście do blondynek. Spotykał jedną za drugą, a każda miała swój własny wdzięk, który zachwycał go na inny sposób. I w innym stopniu.
- Skoro już cię... odbiłem, to może zatańczymy? - o ile dalej trzymali się za ręce, to je w tym momencie podniósł nieco wyżej, a jeżeli nie - to wystawił własną, by prosić o jej. Do tańca, oczywiście. - Chyba że masz jeszcze jakieś żądania, oprócz wianka. - dodał, pochylając głowę, a nawet kłaniając się delikatnie, ze swoistą gracją, o którą rzadko można było go posądzać. - Spełnię je z radością. - zakończył i... czekał. Domyślał się, że raczej mu nie odmówi. Raczej. Dlatego już w głowie miał, jak prowadzi ją za rękę pośród innych tańczących ludzi, najlepiej na sam środek, by znaleźć się wokół wszystkich i tam oddać się tańcu. A tancerzem był niezgorszym, chociaż szybko okazywało się, że... bardziej czuje rytm, rozumie gracje i ruchy, niżeli wie jak tańczyć. Po prostu miał do tego dryg, ale brakowało wiedzy, ćwiczeń i doświadczenia. Przede wszystkim doświadczenia.