Derwin umarł.
Opóźnione wieści, list który dotarł dwa dni po dacie pogrzebu, nawet głębokie uczucie żalu, nie przygotowały Morpheusa na emocje, jakie pojawiły się w nim, gdy aportował się do swojego rodzinnego domu.
Pracował daleko, na małej wysepce Simi, w okolicach Rodos, gdzie grupa angielskich archeologów odkryła siedzibę sekty Apollina, która nosiła ślady praktyki aż do późnego średniowiecza, dawno po ostatniej Delfickiej przepowiedni z 365 roku naszej ery. Miniaturowa świątynia zbudowana na podobiznę tej najsłynniejszej również mieściła w sobie dziewczęta błogosławione darem prekognicji, Pythie i to nie tylko takie znane mugolom, ale również te uznawane za prawdziwe przez społeczeństwo czarodziejów. Derwin umarł, a on myślał, że powrót będzie emocjonalnie podobny do tego dnia, gdy odeszła jego matka. Początkowo zresztą był. Napisał do ojca wyrazy kondolencji, dopiął do końca sprawę wykopalisk, nie pozostawiając żadnych znalezisk przypadkowi. Następnie przepłynął promem na Rodos, nie ufając, że odpowiednio deportuje się w okolice resztek Kolosa.
Z Rodos płynął siedemnaście godzin do Aten w mało komfortowej kajucie, wynajętej na prędce, aby jak najszybciej znaleźć się na kontynencie. W Atenach przenocował, po czym rankiem wsiadł w pociąg do Monachium. Tam musiał poczekać jeden dzień i wsiadł do Orient Express, który dowiózł go do Paryża, a stamtąd, do Londynu. Na tak długich odległościach teleportacja była nieskuteczna, a pociąg należał do preferowanych przez Longbottoma środków transportu. Do samolotu wsiąść nigdy nie zamierzał.
Gdy znalazł się w dostatecznie skrytym miejscu, aportował się, czując na skórze powoli nadchodzący zmierzch. Przeniósł się do domu.
Wtedy go uderzył z całą siłą fakt, że Derwin nie żyje.
Jego starszy brat, z którym biegali po tym ogrodzie, udawali pojedynki na patyki, wyobrażając sobie, że są potężnymi czarownikami, tutaj ćwiczyli fechtunek i rzeczywiście studiowali rzucanie czarów. Czuł, jak żółć podchodzi mu do gardła. To nie było to samo uczucie, co z matką. W jej przypadku, tak samo jak dziadków, był to swojego rodzaju porządek świata. W przypadku brata, Morpheus konfrontował się z własną śmiertelnością. Jego pokolenie zaczynało umierać i teraz będą pojawiać się częściej zaproszenia na pogrzeby, niż na śluby. Na ślubie Derwina pełnił rolę drużby. A teraz jego już nie było.
Gula utkwiła mu w gardle, gdy tak stał, odziany w żałobny kir garnituru, który wyszedł z mody mugolskiej kilka lat wcześniej. Uniósł głowę na dźwięk swojego imienia, zmrużył oczy, aby odnaleźć jego źródło po oknach domostwa i dostrzegł ruszającą się firankę, pozostałość po osobie, która wezwała jego imię.
Ruszył na spotkanie Brennie, którą poznał po głosie, bo nie zdążył zauważyć jej twarzy.
— Brenna! — Odstawił kufer na progu i rozstawił ramiona, aby uścisnąć bratanicę. Wygląd dało się łatwo skopiować, wystarczył włos, aby zmienić się kompletnie w kogoś innego, dało się oszukać każde zabezpieczenia. Zgadzał się krok Morpheusa, zgadzał się uścisk, od których nie stronił, ale przede wszystkim zgadzało się to dziwne poczucie wpatrywania się i fakt, że Morpheus mrugał bardzo rzadko. Bardzo.
Teraz też ciemne oczy śledziły znajdowanie młodej kobiety, jakby próbował samym wzrokiem dokonać sekcji, rozłożyć ją na części pierwsze i zajrzeć do połączeń układu nerwowego, aby z niego rozczytać przyszłość Brenny.
— Nie wysłałem. Wieści o śmieci Derwina dotarły do mnie za późno. Jak trzymają się dziewczynki?
Oczywiście jako dziewczynki miał na myśli córki brata, które zdecydowanie dziećmi już nie były.