10.12.2023, 18:38 ✶
Jednak trochę przesadziłem z tymi niespodziankami, ale Maya to też była twarda sztuka, bo zachowała fason i nie spadała z dachu. Może to dzięki glanom, a może przezorności...? Cóż, mi to przezorności z reguły brakowało, bo a to chciałem wbiec do nawiedzonego lasku, ratując ducha, który nie był w stanie mnie zobaczyć, usłyszeć ani ze mną porozmawiać, bo najzwyczajniej w świecie nie miał głowy, albo wbijałem na spotkanie zbirów, gdzie połowa z nich to byli Śmierciożercy, co właściwie dalej było poza moją świadomością, pozostając słodką tajemnicą, bo sam nie wiem, co bym zrobił, gdybym się dowiedział...? Umarł, zanim oni by mnie zabili, hehe?
Obejrzałem się na Maykę, bo... w sumie była ładna, a przede wszystkim do mnie mówiła, więc uśmiechnąłem się do niej. To co, że jej ton był ostry i niezbyt zadowolony, ale... jakby nie patrzeć, to sama za mną poszła, no nie? Ja jej do niczego nie zmuszałem, tylko byłem trochę bardzo natarczywy, ale nic poza tym, hehe. Bo kto by interpretował, co znaczy takie miau-miau, kiedy nie wiedział, co też te rude kocię miało w swej głowie??? Jedynie wariat, hihi. Jeśli Maya była wariatką, to wciąż zamierzałem ją lubić. Może nawet bardziej, bo przecież tylko wariaci byli coś warci.
- To ja! I jestem animagiem! - potwierdziłem jej dumnie, po czym przeturlałem się nieco dalej po dachu by zaraz wrócić z powrotem. Zachowywałem się raczej, jak gdybym była na łące albo mięciutkim dywanie, a nie na ujebanym dachu, ale nie przeszkadzało mi to. Uwielbiałem się rozciągać, uwielbiałem się przewalać z kąta w kąt i uwielbiałem patrzeć na panienkę Mayę, więc przeturlałem się na swoje wcześniejsze miejsce i obróciłem by na czworakach podejść nieco bliżej i paść brzuszkiem, a właściwie swoim ludzkim brzuszyskiem na dach. Mama znowu mnie zabije, że jej przyniosę nowe rzeczy do cerowania, o ile Dellian mi ich nie naprawi czarami. Chyba że zrobię to w końcu sam...?
W prawej dłoni wciąż trzymałem różdżkę, ale z reguły ją tak trzymałem, kiedy się przemieniałem w kota, bo wtedy nie musiałem ciągle po nią sięgać albo - co gorsza - jej szukać, bo zapomniałem, gdzie ją wcisnąłem. Najgorzej, kiedy się gdzieś zawieruszała.
- Chcę się zaprzyjaźnić. Dobrze ci z oczu patrzy... A na Mewę to nie patrz, bo ona mnie lubi, ale udaje, że nie lubi sama przed sobą. Bo ma uczulenie... na kocią sierść, wiesz - stwierdziłem, opierając swoją głowę na dłoniach i wciąż patrząc na Mayę. Nie tak, że uparcie wbijałem w nią spojrzenie by ją onieśmielić, tylko tak wpatrywałem się jak w obrazek, nieco z pasją, a nieco leniwie, a nieco z uśmiechem. Tylko trzeba było uważać, bo w każdej chwili moja mimika mogła się zmienić, kiedy wpadnę na coś głupiego. Albo mądrego. Znowu.
- Nie zrobię ci krzywdy. Chcę tylko spędzić z tobą czas... A sama do mnie zagadałaś, no nie? Więc poniekąd sama jesteś sobie winna - stwierdziłem, rozpromieniając się bardziej i wyszczerzając jak ten kretyn najbardziej szczęśliwy pod słońcem. Najchętniej to bym się tu wygrzewał dzień cały, a pogoda była piękna, więc darowałem sobie leżenie na brzuchu i znowu obróciłem się na plecy, chłonąc całą twarzą promienie słoneczne. Zamknąłem z lubością oczy i wdychałem ciepłe, letnie powietrze. - Lato jest super.
Obejrzałem się na Maykę, bo... w sumie była ładna, a przede wszystkim do mnie mówiła, więc uśmiechnąłem się do niej. To co, że jej ton był ostry i niezbyt zadowolony, ale... jakby nie patrzeć, to sama za mną poszła, no nie? Ja jej do niczego nie zmuszałem, tylko byłem trochę bardzo natarczywy, ale nic poza tym, hehe. Bo kto by interpretował, co znaczy takie miau-miau, kiedy nie wiedział, co też te rude kocię miało w swej głowie??? Jedynie wariat, hihi. Jeśli Maya była wariatką, to wciąż zamierzałem ją lubić. Może nawet bardziej, bo przecież tylko wariaci byli coś warci.
- To ja! I jestem animagiem! - potwierdziłem jej dumnie, po czym przeturlałem się nieco dalej po dachu by zaraz wrócić z powrotem. Zachowywałem się raczej, jak gdybym była na łące albo mięciutkim dywanie, a nie na ujebanym dachu, ale nie przeszkadzało mi to. Uwielbiałem się rozciągać, uwielbiałem się przewalać z kąta w kąt i uwielbiałem patrzeć na panienkę Mayę, więc przeturlałem się na swoje wcześniejsze miejsce i obróciłem by na czworakach podejść nieco bliżej i paść brzuszkiem, a właściwie swoim ludzkim brzuszyskiem na dach. Mama znowu mnie zabije, że jej przyniosę nowe rzeczy do cerowania, o ile Dellian mi ich nie naprawi czarami. Chyba że zrobię to w końcu sam...?
W prawej dłoni wciąż trzymałem różdżkę, ale z reguły ją tak trzymałem, kiedy się przemieniałem w kota, bo wtedy nie musiałem ciągle po nią sięgać albo - co gorsza - jej szukać, bo zapomniałem, gdzie ją wcisnąłem. Najgorzej, kiedy się gdzieś zawieruszała.
- Chcę się zaprzyjaźnić. Dobrze ci z oczu patrzy... A na Mewę to nie patrz, bo ona mnie lubi, ale udaje, że nie lubi sama przed sobą. Bo ma uczulenie... na kocią sierść, wiesz - stwierdziłem, opierając swoją głowę na dłoniach i wciąż patrząc na Mayę. Nie tak, że uparcie wbijałem w nią spojrzenie by ją onieśmielić, tylko tak wpatrywałem się jak w obrazek, nieco z pasją, a nieco leniwie, a nieco z uśmiechem. Tylko trzeba było uważać, bo w każdej chwili moja mimika mogła się zmienić, kiedy wpadnę na coś głupiego. Albo mądrego. Znowu.
- Nie zrobię ci krzywdy. Chcę tylko spędzić z tobą czas... A sama do mnie zagadałaś, no nie? Więc poniekąd sama jesteś sobie winna - stwierdziłem, rozpromieniając się bardziej i wyszczerzając jak ten kretyn najbardziej szczęśliwy pod słońcem. Najchętniej to bym się tu wygrzewał dzień cały, a pogoda była piękna, więc darowałem sobie leżenie na brzuchu i znowu obróciłem się na plecy, chłonąc całą twarzą promienie słoneczne. Zamknąłem z lubością oczy i wdychałem ciepłe, letnie powietrze. - Lato jest super.