Zwietrzałe papierosy oraz głębokie nuty bazy dębowego mchu i drewna z jego perfum przykleiły się nieco do koszulki Brenny, zupełnie jak nici przeznaczenia oraz powiązań pomiędzy ludźmi. Na chwilę ich aury zetknęły się w porozumieniu. Ona biczowała się, że to jej wina. On zgrzytał zębami, że nie wiedział, nie przewidział, że ciasno spleciona tkanina przyszłości nie wskazała mu odciętej nitki żywota.
Już wiele lat wcześniej zaakceptował, że nie może dostrzec wszystkiego oraz że wiedza często jest przekleństwem. Nie odwiedzał Munga jeżeli to nie musiał, wolał nie widzieć pustki w przyszłości osób leżących w łóżkach, bo i tak niczego to nie zmieniało. Chociaż i teraz pełne chaotycznych wizji rozbryzgi przyszłych zdarzeń rozchlapały się w jego umyśle, malując najbliższą przyszłość Brenny krwią i magią, nie powiedział ani słowa. Mieszkał w domu aurorów i chociaż wielu mówiło o nich magiczna policja, on widział bardziej żołnierzy. Zwłaszcza w swoim domu.
Brenna nie należała do wiotkich dam, które mogły zwichnąć sobie rękę od machania różdżką zbyt ekspresyjnie, o nie. Dużo bliżej jej było do swojej totemicznej wadery, do kobiety, która maluje usta czerwienią krwi tych, którzy jej urągają i wysyła pocałunki w stronę księżyca. Widział wielu aurorów, wielu którzy zginęli, którzy oszaleli, w każdym z nich tkwił potwór. Jeden go wychował. Po prostu jej miał też czerwoną pelerynę.
— Nie piłem porządnej herbaty od miesięcy — stwierdził, jakby przytakując na jej słowa związane z Departamentem. Pozostawił kufer w sieni, zdjął jednak wypastowane na połysk buty i ułożył je, jeden obok drugiego, w ordynku, tuż obok bagażu, noskami do ściany.
— Chciałbym tylko wybrać się na cmentarz. Pożegnać go. Co właściwie się stało? Bo z tego co zrozumiałem, zginął na służbie?
Na Simi kiepsko docierała poczta z Anglii, więc po pierwszym tygodniu zrezygnował z otrzymywania prasy, wszelka korespodencja była dostarczana na Rodos i stamtąd co pięć dni na Simi. Tak więc, miesiąc po wydarzeniach, Morpheus znajdował się w całkowitej niewiedzy o szczegółach śmierci brata.
— Pasują ci — wskazał głową na nowe blizny bratanicy, gdy słoneczne światło kuchni padło na odsłoniętą skórę kobiety. Longbottom wziął głęboki wdech, wchodząc do serca domu, która zawsze wydawała mu się zatrzymana w czasie. Tutaj zawsze zmieniał się w małego chłopca, który dopiero uczy się magii i kopie pod stołem swoich braci, strzela w nich groszkiem z widelca.
Żałoba przykryła go wyraźnie, gdy spojrzenie brązowych oczu stało się lekko zaszklone i pochylił lekko głowę. Nie spodziewał się, że będzie aż tak boleć.