10.12.2023, 19:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2023, 19:53 przez Leo O'Dwyer.)
Lorraine i Maeve chyba coś ciągnęło do siebie, coś, co mogło się przerodzić w gorącą orgię, jeśli odpowiednio podgrzeję umysły tu zebranych alkoholem. Czy na to liczyłem...? Niekoniecznie, bo Lorraine była moją cudowną boginią, której nie chciałem bezcześcić w swoim umyśle, uważając ją za najbardziej mleczną i niewinną postać na tym padole występku. Taaak. Boginią, moją Boginią, a nie Boginią Mewki. Szczególnie że ja już tu jej szybciochem serwowałem drineczka z mlekiem.
- Żadna abominacja, tylko dzieło najdoskonalsze całego wszechświata - stwierdziłem, podając jej usłużnie szklankę. Zanim drineczka zrobiłem, nawet pozwoliłem sobie na przetarcie szklanki, bo ten tu nasz barman to tak, pożal się o biedne dłonie pani Lorraine, jeśli ujęłaby w swoje przeboskie dłonie jakieś zakurzone i pomazane szkło. Szkło się zawsze dostosowywało pod klienta, więc jak ktoś był charkający, to mu się charkało, a jak ktoś za bardzo zalany, to dostawał nawet samą wodę, bo mu to różnicy nie robiło, a przy okazji miał co nieco okazję wytrzeźwieć.
- Mam wieloletnie doświadczenie barmańskie, więc ja nie tylko abominacje, ale inne wariacje mogę zaserwować... Tak, jestem twoją konkurencją na tym rynku, słodziutki - odrzekłem do barmana i umknąłem przed jego ręką, ogólnie oddalając się od baru. Machnąłem różdżką by nam tu przyfrunęło szklanek kilka, po czym już siłą własnych rąk ponalewałem bursztynowego alkoholu do nich, na świeżo, na bogato.
- Panie Stanleyu, nie musimy tego nazywać grupą wsparcia. Możemy to określić mianem przyjaciół - stwierdziłem, przysiadając sobie na najbliższym miejscu, wąchając butelkę z alkoholem. Whisky tak, może whisky, ale raczej nie najwyższych lotów. Odstawiłem butelkę na stół i machnąłem różdżką po baniak, ale tak się wziąłem zamachnąłem, że prawie mnie on nie zwalił z krzesła, kiedy rąbnął mi o klatę. Huh. Z tymi ilościami to czasami powinienem pójść na umiar. Ale dobra, zrobiłem sobie drineczka i zapytałem grzecznie, czy ktoś jeszcze coś może się skusi...?
A kiedy do towarzystwa rozegrała się muzyka, to już w ogóle poczułem się jak w domu.
- Żadna abominacja, tylko dzieło najdoskonalsze całego wszechświata - stwierdziłem, podając jej usłużnie szklankę. Zanim drineczka zrobiłem, nawet pozwoliłem sobie na przetarcie szklanki, bo ten tu nasz barman to tak, pożal się o biedne dłonie pani Lorraine, jeśli ujęłaby w swoje przeboskie dłonie jakieś zakurzone i pomazane szkło. Szkło się zawsze dostosowywało pod klienta, więc jak ktoś był charkający, to mu się charkało, a jak ktoś za bardzo zalany, to dostawał nawet samą wodę, bo mu to różnicy nie robiło, a przy okazji miał co nieco okazję wytrzeźwieć.
- Mam wieloletnie doświadczenie barmańskie, więc ja nie tylko abominacje, ale inne wariacje mogę zaserwować... Tak, jestem twoją konkurencją na tym rynku, słodziutki - odrzekłem do barmana i umknąłem przed jego ręką, ogólnie oddalając się od baru. Machnąłem różdżką by nam tu przyfrunęło szklanek kilka, po czym już siłą własnych rąk ponalewałem bursztynowego alkoholu do nich, na świeżo, na bogato.
- Panie Stanleyu, nie musimy tego nazywać grupą wsparcia. Możemy to określić mianem przyjaciół - stwierdziłem, przysiadając sobie na najbliższym miejscu, wąchając butelkę z alkoholem. Whisky tak, może whisky, ale raczej nie najwyższych lotów. Odstawiłem butelkę na stół i machnąłem różdżką po baniak, ale tak się wziąłem zamachnąłem, że prawie mnie on nie zwalił z krzesła, kiedy rąbnął mi o klatę. Huh. Z tymi ilościami to czasami powinienem pójść na umiar. Ale dobra, zrobiłem sobie drineczka i zapytałem grzecznie, czy ktoś jeszcze coś może się skusi...?
A kiedy do towarzystwa rozegrała się muzyka, to już w ogóle poczułem się jak w domu.