Usiadł na swoim miejscu, tam gdzie siadał od dziecka, jakby przypisane siedzisko. Czasami, gdy ktoś je zajmował, stał bez słowa nad nim, niczym omen, aż owa osoba zmieniła swój wybór. Przysunął do siebie spodek, dziękując skrzatce przy tym. Zamieszał w filiżance łyżeczką, tak aby nie stukać metalem o porcelanę. Słuchał, patrząc cały czas na Brennę i nie mrugając ani razu. Dopiero gdy skończyła, opuścił wzrok na swój Earl Grey zabielony mlekiem, oczywiście bez cukru. Wypuścił z płuc powietrze, które trzymał równie długo, co spojrzenie. Aż dziwne, że jego ciało nie walczyło z tymi odruchami pełnego skupienia.
Myślał o ostatnim prezencie, jaki wysłał Derwinowi. Myślał o pierwszym. Dla niego. Od niego. Wciąż go miał. Zamierzał położyć go obok małego medalionu z puklem włosów matki i jej portretem, wykonany post mortem. Obok najcenniejszych rzeczy, tych, które bolą zbyt mocno, jeśli myśli o nich zbyt długo, więc wystawia się je na pokaz, na kominku w swoim pokoju, żeby nigdy nie musieć na nie patrzeć. W tym tkwi sekret, trzeba pozwolić przeszłości wtopić się w tapetę.
— Przywiozłem wam ouzo, wino i słodycze. Te ostatnie dla Mabel też. I kilka pocztówek.
Jego obecny nastrój absolutnie nie pasował do opalonej skóry, pierwszy raz od dawna wyglądała zdrowo. Długie spacery po porcie oraz praca na zewnątrz może nie poprawiły stanu jego zdrowia drastycznie, ale na pewno dodały mu blasku kogoś, kto spędził ostatnie miesiące i całą zimę w zdecydowanie lżejszym klimacie.
Wyciągnął zza pazuchy marynarki papierosy i zapalniczkę. Zapalił, zaciągnął się dymem i popił go bawarką z pewnego rodzaju ulgą.
— Przyjmę towarzystwo. Ciało nie było mu już potrzebne, nie przejmuj się powłoką, chociaż pewnie musiał to być straszny widok. Wiesz co to jest czy dowiem się z Departamentu?
Przez chwilę milczał, znów mieszając.
– Wyobraź sobie, że jesteś pierwszą starożytną osobą, która zdaje sobie sprawę, że ocean i łzy smakują tak samo. Wyobraź sobie, że twój smutek i fale mają ten sam smak.
I wtedy dopiero sięgnął po łyżkę i zaczął powoli jeść.