10.12.2023, 22:09 ✶
Ależ z największą przyjemnością dokończyłem za nią te warzywa, bo szkoda by było, gdyby się zmarnowały, no nie? Pokiwałem tylko głową na tę wróżbitkę, bo jak najbardziej można było taką uświadczyć w naszym cyrku, aczkolwiek niekoniecznie wyjść od niej z odpowiednimi wróżbami. Cóż, zależy jak zawiało.
- Myślę, że daleko mi do takiego Vakela Dolohova... - stwierdziłem wciąż pogodnie, choć sobie w tej chwili ujmowałem blasku i polotu. Cóż, miałem własne zalety i niekoniecznie wróżenie z kart musiało czynić ze mnie kogoś wartościowego, kogoś wyróżniającego się. Aktualnie miałem tytuł zarządcy cyrku - niosło to za sobą sławę i niesławę, plusy i minusy, korzyści oraz kłopoty, ale wziąłem to swego czasu na barki, właściwie ktoś mnie wybrał za odpowiednią osobę na to stanowisko, więc robiłem wszystko, co w mojej mocy by na to w pełni zasługiwać, by nie zniszczyć tego, co przez tyle lat budował Tully, by nie zaprzepaścić jego planów, marzeń i wiary we mnie.
- Animagia to spore osiągnięcie, ale trzeba z nią uważać - zauważyłem, bo to było cholernie odpowiedzialne, ale też ryzykowne. Jak chociażby ta historia z braćmi The Beast. Albo klątwa Elaine, ale ona opierała się na czymś zgoła innym, aczkolwiek podobnym. - I wymaga umiejętności... - zauważyłem i pokiwałem głową, odprowadzając ją wzrokiem. Sam zgodnie z jej planem ruszyłem po watę cukrową. Tej to miałem na co dzień, ale nie szkodziło podpatrzyć, co ciekawego wśród wat serwowała konkurencja. Stanąłem w kolejce i tak w sumie czekałem na Avelinę, nie wiedząc, że gdzieś tam ktoś jej bardzo dokuczał. Nie zdążyłem kupić tej waty, ale to chyba nie było istotne, bo kiedy Avelina wróciła była w znacznie gorszym nastroju, jakby przerażona.
- Tak, chodźmy... Stało się coś? - zapytałem ją, rozglądając się wokół, ale chyba nikt jej nie gonił ani nie śledził. Pogłaskałem ją po plecach, żeby odetchnęła i nieco się odprężyła. - Chcesz o tym porozmawiać...? - dodałem zatroskany. Wyglądała na naprawdę przejętą. Pozwoliłem sobie na nieco więcej... jako przyjaciel i przytuliłem ją do siebie.
- Chodźmy stąd. Spojrzymy w płomienie. Może powiedzą nam coś ciekawego... - odezwałem się po chwili, niezależnie od tego, czy się przede mną otworzyła, czy też nie. Uznałem, że zmiana otoczenia lepiej jej zrobi. Zaoferowałem jej swoje ramię i ruszyliśmy do ogromnych ognisk. Jedno z nich od razu przyciągnęło moje spojrzenie.
!płomienie
- Myślę, że daleko mi do takiego Vakela Dolohova... - stwierdziłem wciąż pogodnie, choć sobie w tej chwili ujmowałem blasku i polotu. Cóż, miałem własne zalety i niekoniecznie wróżenie z kart musiało czynić ze mnie kogoś wartościowego, kogoś wyróżniającego się. Aktualnie miałem tytuł zarządcy cyrku - niosło to za sobą sławę i niesławę, plusy i minusy, korzyści oraz kłopoty, ale wziąłem to swego czasu na barki, właściwie ktoś mnie wybrał za odpowiednią osobę na to stanowisko, więc robiłem wszystko, co w mojej mocy by na to w pełni zasługiwać, by nie zniszczyć tego, co przez tyle lat budował Tully, by nie zaprzepaścić jego planów, marzeń i wiary we mnie.
- Animagia to spore osiągnięcie, ale trzeba z nią uważać - zauważyłem, bo to było cholernie odpowiedzialne, ale też ryzykowne. Jak chociażby ta historia z braćmi The Beast. Albo klątwa Elaine, ale ona opierała się na czymś zgoła innym, aczkolwiek podobnym. - I wymaga umiejętności... - zauważyłem i pokiwałem głową, odprowadzając ją wzrokiem. Sam zgodnie z jej planem ruszyłem po watę cukrową. Tej to miałem na co dzień, ale nie szkodziło podpatrzyć, co ciekawego wśród wat serwowała konkurencja. Stanąłem w kolejce i tak w sumie czekałem na Avelinę, nie wiedząc, że gdzieś tam ktoś jej bardzo dokuczał. Nie zdążyłem kupić tej waty, ale to chyba nie było istotne, bo kiedy Avelina wróciła była w znacznie gorszym nastroju, jakby przerażona.
- Tak, chodźmy... Stało się coś? - zapytałem ją, rozglądając się wokół, ale chyba nikt jej nie gonił ani nie śledził. Pogłaskałem ją po plecach, żeby odetchnęła i nieco się odprężyła. - Chcesz o tym porozmawiać...? - dodałem zatroskany. Wyglądała na naprawdę przejętą. Pozwoliłem sobie na nieco więcej... jako przyjaciel i przytuliłem ją do siebie.
- Chodźmy stąd. Spojrzymy w płomienie. Może powiedzą nam coś ciekawego... - odezwałem się po chwili, niezależnie od tego, czy się przede mną otworzyła, czy też nie. Uznałem, że zmiana otoczenia lepiej jej zrobi. Zaoferowałem jej swoje ramię i ruszyliśmy do ogromnych ognisk. Jedno z nich od razu przyciągnęło moje spojrzenie.
!płomienie