Nie dziwił się Erikowi. On miał swoje problemy, obciążany wizją stania się głową rodu w przyszłości, zwłaszcza teraz, gdy jego wuj zginął. Śmierć nadeszła ot, tak, nagle, bez zapowiedzi, bez czasu na pożegnanie, na uświadomienie sobie, że nadchodzi. To, że ojciec Morpheusa może niedługo umrzeć, było dość wiadome. Matka Morpheusa odeszła, a Godryka spowiła biel siwizny i postępująca starość. Jego dzieci już nie były najmłodsze, ich dzieci były dorosłe. Śmierć seniora rodu nadchodziła, niemal pewnik, tutaj umysł był pogodzony. Nadal smutny, nadal tragiczny emocjonalnie, lecz porządek życia. Nikt nie powinien grzebać swoich dzieci. Właśnie dlatego nie chciał mieć swoich.
Zawsze powtarzał usilnie, że chce skupić się na swojej karierze zawodowej, że reszta jego rodzeństwa ma już dzieci, Brenna urodziła się, gdy był jeszcze w szkole, więc ślub nie jest mu do niczego potrzebny. Miejsce, do którego zmierzał, było tylko dla niego, i dla niego jedynie. Mgliste przestrzenie Departamentu Tajemnic, to co nieodkryte, to co w przyszłości. Liczył jedynie, że nie stanie się Cassandrą, księżniczką o darze profetycznym, której nikt nie wierzył.
— Masz jeszcze gdzieś kopię? Chętnie przeczytam, co też mój bratanek wypowiada, kładąc na moim czole tarczę do celowania — zaśmiał się, bo chociaż uważał, że nie powinno się zbyt pochopnie wypowiadać na różne tematy, był dumny z Erica, za to, że tak wyraźnie stawia granicę między spaczonymi jednostkami o wrogiej ideologii od nich, którzy mogliby zostać uznani za sprzymierzeńców tego terroryzmu.
I jemu Brenna kojarzyła się z ogniem, nawet jeśli zodiakalne należała do powietrza. I tutaj była ta dwoista natura, pomarańczowy to słoneczniki, to papryka, to cynamon, to brąz, to rozproszone światło słoneczne, ale to także rdza, to trucizna i to przede wszystkim ostrzeżenie. Pomarańczowy jest z natury kolorem, który mówi „Jestem piękny, ale na Boga, nie dotykaj mnie". Jej blizny o tym mówiły, roztrzaskane gwiazdy w srebrze i czerwieni, ordery prawdziwej waleczności, silna sylwetka i równie silny charakter.
— Kochanie, nigdy nie miałaś być Atlasem. Odłóż na chwilę świat. Obiecuję ci, że nie upadnie — powiedział do niej cicho, sięgając swoją dłonią ku jej przez stół, aby ją uścisnąć. Wdrożyła go właściwie we wszystko. Miała dopiero dwadzieścia siedem lat, a całą sobą tkwiła w czarodziejskiej wojnie i rozdrabniała się na zadania w swojej pracy, dziwności świata, który szamotał ich życiami, bez względu na to, co działo się w problemach czynionych ludzką ręką.