11.12.2023, 22:10 ✶
To był rok, w którym nie rozstawał się ze swoją talią kart. Rok, w którym po raz pierwszy tasował je nawet na niektórych lekcjach, zwłaszcza na Historii Magii. Cichy szelest stanowił ukojenie dla niego, kolejne kartoniki przesuwające się między palcami, w prawie godnej sztukmistrza cyrkowego u mugoli, który udaje, że odgadnięcie karty, którą wybrała dama, jest wielką sztuką magiczną.
Tego dnia Marta Warren szturchnęła go, karty się posypały, a pierwsza, po którą sięgnął, ukazywała Baphometa na tronie, trzymającego dwójkę ludzi przeciwnej płci na łańcuchu.
Diabeł.
Gryfon znał Martę pobieżnie. Miał z nią kilka różnych lekcji łączonych, ale nieprzyjemne usposobienie dziewczyny odpychało nawet najbardziej przyjazne osoby. Nie dość, że miała szalenie piskliwy głos, to jeszcze bardzo często wpadała w tantrum i wybiegała z płaczem z powodu najmniejszej niedogodności. Co prawda mieli grupowe zadanie na zajęcia z transmutacji, ale to dopiero na za dwa tygodnie.
W tamtym momencie nie zwrócił na to uwagi. Zebrał swoje karty, przeklinając po cichu, tak aby nie dostać kary od któregoś z prefektów, ułożył w talię, do pudełeczka i do kieszeni. Z jakiegoś powodu nie sięgnął po nie już więcej ani gdy odrabiał zadania domowe, licząc cale pergaminu, aby spełnić wymogi profesora ani gdy zawędrował do Wielkiej Sali, aby zjeść kolację. Atmosfera nadal była nerwowa, a on obawiał się, że szkołę zamkną. Nie dlatego, że pałał szczególną miłością do tego miejsca, ale miał konkretny plan.
Jako najmłodszy syn musiał przejść dłuższą drogę, aby nie wypominano mu przywilejów, jakie przychodziły z tym faktem.
— Pewnie znów... — histeryzuje nie wybrzmiało z ust Morpheusa, zakłócone przez wysoki krzyk, który odbił się echem po klatce schodowej. Młody Longbottom wyciągnął raptownie różdżkę, zakasał szatę i zawrócił w stronę krzyku, zeskakując co kilka stopni. Biegł ile sił w nogach, wpadając na drugie piętro, szukając osoby, która wydała z siebie krzyk i w panice szukając w głowie zaklęcia, które może mu pomóc w... Nie wiedział, sam w czym.
Pchała go głupia odwaga.
Tego dnia Marta Warren szturchnęła go, karty się posypały, a pierwsza, po którą sięgnął, ukazywała Baphometa na tronie, trzymającego dwójkę ludzi przeciwnej płci na łańcuchu.
Diabeł.
Gryfon znał Martę pobieżnie. Miał z nią kilka różnych lekcji łączonych, ale nieprzyjemne usposobienie dziewczyny odpychało nawet najbardziej przyjazne osoby. Nie dość, że miała szalenie piskliwy głos, to jeszcze bardzo często wpadała w tantrum i wybiegała z płaczem z powodu najmniejszej niedogodności. Co prawda mieli grupowe zadanie na zajęcia z transmutacji, ale to dopiero na za dwa tygodnie.
W tamtym momencie nie zwrócił na to uwagi. Zebrał swoje karty, przeklinając po cichu, tak aby nie dostać kary od któregoś z prefektów, ułożył w talię, do pudełeczka i do kieszeni. Z jakiegoś powodu nie sięgnął po nie już więcej ani gdy odrabiał zadania domowe, licząc cale pergaminu, aby spełnić wymogi profesora ani gdy zawędrował do Wielkiej Sali, aby zjeść kolację. Atmosfera nadal była nerwowa, a on obawiał się, że szkołę zamkną. Nie dlatego, że pałał szczególną miłością do tego miejsca, ale miał konkretny plan.
Jako najmłodszy syn musiał przejść dłuższą drogę, aby nie wypominano mu przywilejów, jakie przychodziły z tym faktem.
— Pewnie znów... — histeryzuje nie wybrzmiało z ust Morpheusa, zakłócone przez wysoki krzyk, który odbił się echem po klatce schodowej. Młody Longbottom wyciągnął raptownie różdżkę, zakasał szatę i zawrócił w stronę krzyku, zeskakując co kilka stopni. Biegł ile sił w nogach, wpadając na drugie piętro, szukając osoby, która wydała z siebie krzyk i w panice szukając w głowie zaklęcia, które może mu pomóc w... Nie wiedział, sam w czym.
Pchała go głupia odwaga.