11.12.2023, 23:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.12.2023, 23:43 przez Sarah Macmillan.)
Macmillan odwracająca się w kierunku towarzyszących jej mężczyzn poczuła nagły, silny przypływ odwagi, której i tak nie brakowało jej do tej pory. Nawiedziła ją na sekundę taka myśl - a co jak się przez to stanie nieznośna, ale później czuła już tylko pewność siebie. To działało. I działało dobrze! Krwawnik. Może jednak Agatha nie była aż takim złym człowiekiem... Kwiat, chociaż pospolity, wyjątkowo pasował jej do dzisiejszej sukienki.
- Okeeej, tego na pewno nie kazała ci powiedzieć mama - przyznała Murtaghowi, ewidentnie zmieszana, nawet jeżeli dała z siebie naprawdę dużo, aby to ukryć. Widzicie, z dziwnymi rzeczami, które mówili inni ludzie, było tak, że trzeba było mieć w tym jakieś wyczucie, a jej brat tego wyczucia najwyraźniej nie posiadał. I okej - nie każdy człowiek musiał być idealny - nie o to w życiu chodziło, żeby nigdy nie powiedzieć czegoś nie w smak, ale kiedy mówił coś takiego człowiek, którego od lat ustawiałeś na piedestale, nadawałeś mu w swoim sercu wręcz rangę boskości, to każda rysa była jakimś zaburzeniem stabilności świata. Bo bogowie nie posiadali znamion. Dowcip? Oh, ona uwielbiała dowcipy. Ale nie uwielbiała nazwiska Gaunt, jakie ciążyło nad nią od maleńkości - rodzina obłąkanych ludzi, biorących sobie za żony swoje matki, siostry i kuzynki, żeby tylko utrzymać płynącą w ich żyłach klątwę krwi. Nikt im nie powiedział, że klątwy z założenia były złe? I powinno się ich pozbywać, a nie kultywować to w najgorszy z możliwych sposobów?
- Dziękuję. - Ciepły uśmiech posłany Leviathanowi i złapanie go za rękę były czymś, co przywróciło Sarah do normalności - opuściła ją niezręczność, chociaż zbliżając się do Rowla potknęła się niezdarnie o kępkę trawy. Nie upadła teatralnie, a na ewentualną próbę pomocy jej w zachowaniu równowagi machnęła tylko ręką, nie gubiąc wybrzmiewającej na obliczu radości. No bo przecież Leviathan był dzisiaj bardzo miły, o wiele bardziej niż się tego po nim spodziewała. Reagowała więc na niego pozytywnie, wciąż nie czując się przytłoczona słowem małżeństwo. Tak, była odrealniona - traktowała to bardziej jako flirt z kimś nowo poznanym, nową zabawkę daną jej przez los - a te wszystkie rodzinne powinności były tak mało istotne. Przecież wciąż wierzyła, że dokładnie w momencie kiedy powie ojcu nie, wszystko zostanie odwołane. Księżniczka chce, księżniczka każe, księżniczka dostaje.
- Oh tak, ale jest ewidentnie zaklęty - odpowiedziała mu. - Pozywytnie - dodała po chwili, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że mógł odebrać to nieco inaczej. - Lubię klwawnik. To jedna z tych rhoślin, któle lubią towarzystwo i mają wiele zastosowań. Znasz jego symbolikę? - Uniosła w górę brwi, patrząc na Rowla zaczepnie. - Przynosi szczęście w miłości. Poza wyspami czalodziejki wplatają go w ślubne walkocze.
Sarah nie dawała zapaść pomiędzy nimi żadnej dłuższej ciszy.
- Ale dziwnie stoi się w kolejce - przyznała, spoglądając porozumiewawczo na brata. - Nigdy tego nie rhobiłam. - Kolejka przesunęła się o dokładnie jedną parę, więc zrobiła krok do przodu, później pokiwała głową z satysfakcją. - Nieźle. Często przychodzisz tutaj postać? - Zagaiła do Leviathana. - Może powinnam lobić to częściej.
- Okeeej, tego na pewno nie kazała ci powiedzieć mama - przyznała Murtaghowi, ewidentnie zmieszana, nawet jeżeli dała z siebie naprawdę dużo, aby to ukryć. Widzicie, z dziwnymi rzeczami, które mówili inni ludzie, było tak, że trzeba było mieć w tym jakieś wyczucie, a jej brat tego wyczucia najwyraźniej nie posiadał. I okej - nie każdy człowiek musiał być idealny - nie o to w życiu chodziło, żeby nigdy nie powiedzieć czegoś nie w smak, ale kiedy mówił coś takiego człowiek, którego od lat ustawiałeś na piedestale, nadawałeś mu w swoim sercu wręcz rangę boskości, to każda rysa była jakimś zaburzeniem stabilności świata. Bo bogowie nie posiadali znamion. Dowcip? Oh, ona uwielbiała dowcipy. Ale nie uwielbiała nazwiska Gaunt, jakie ciążyło nad nią od maleńkości - rodzina obłąkanych ludzi, biorących sobie za żony swoje matki, siostry i kuzynki, żeby tylko utrzymać płynącą w ich żyłach klątwę krwi. Nikt im nie powiedział, że klątwy z założenia były złe? I powinno się ich pozbywać, a nie kultywować to w najgorszy z możliwych sposobów?
- Dziękuję. - Ciepły uśmiech posłany Leviathanowi i złapanie go za rękę były czymś, co przywróciło Sarah do normalności - opuściła ją niezręczność, chociaż zbliżając się do Rowla potknęła się niezdarnie o kępkę trawy. Nie upadła teatralnie, a na ewentualną próbę pomocy jej w zachowaniu równowagi machnęła tylko ręką, nie gubiąc wybrzmiewającej na obliczu radości. No bo przecież Leviathan był dzisiaj bardzo miły, o wiele bardziej niż się tego po nim spodziewała. Reagowała więc na niego pozytywnie, wciąż nie czując się przytłoczona słowem małżeństwo. Tak, była odrealniona - traktowała to bardziej jako flirt z kimś nowo poznanym, nową zabawkę daną jej przez los - a te wszystkie rodzinne powinności były tak mało istotne. Przecież wciąż wierzyła, że dokładnie w momencie kiedy powie ojcu nie, wszystko zostanie odwołane. Księżniczka chce, księżniczka każe, księżniczka dostaje.
- Oh tak, ale jest ewidentnie zaklęty - odpowiedziała mu. - Pozywytnie - dodała po chwili, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że mógł odebrać to nieco inaczej. - Lubię klwawnik. To jedna z tych rhoślin, któle lubią towarzystwo i mają wiele zastosowań. Znasz jego symbolikę? - Uniosła w górę brwi, patrząc na Rowla zaczepnie. - Przynosi szczęście w miłości. Poza wyspami czalodziejki wplatają go w ślubne walkocze.
Sarah nie dawała zapaść pomiędzy nimi żadnej dłuższej ciszy.
- Ale dziwnie stoi się w kolejce - przyznała, spoglądając porozumiewawczo na brata. - Nigdy tego nie rhobiłam. - Kolejka przesunęła się o dokładnie jedną parę, więc zrobiła krok do przodu, później pokiwała głową z satysfakcją. - Nieźle. Często przychodzisz tutaj postać? - Zagaiła do Leviathana. - Może powinnam lobić to częściej.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.