11.12.2023, 23:56 ✶
Pustka - to było w mojej głowie, kiedy nie wiedziałem, w którą stronę powinienem skierować swoje myśli by mniej ucierpieć, by zachować stabilność albo co...? Sam nie wiedziałem, o co chodziło w tej łamigłówce i czemu obawiałem się zrobić ten drobny ruch, który powróciłby mnie do rzeczywistości. Nie umierałem. Chyba. Poza tym ze wszystkim dało się żyć, czyż nie? Niezależnie od tego, czy wycięli ci nerkę, zostawił cię chłopak albo po prostu masz sporo na głowie...? Prawda?
I czy tak od razu zostawił...? Wciąż tu był, wciąż blisko, wypowiadał różne słowa i nawet siłą zabrał mi lusterko, wciskając w jego miejsce swoje ciepłe, rozgrzane palce. Pokrzepiał, pokrzepiał. Aby czy na pewno? Był tu, ale z nami byli tu również ONI. Raziel... Fontaine... Czemu mówił o nich, zamiast mówić tylko i wyłącznie o mnie? Czemu porównywał mnie do Fontaine? Znowu, bezwiednie. Kochał ją, kochał z pewnością również jego. Nie mogłem się mylić, a jednak chciałem bardzo.
- Prze-stań - odparłem nieco zachrypnięty. Chciałem zabrzmieć pewnie, ostro, ale ostatecznie wyszeptałem to przez ściśnięte gardło. - Nie mów tak o sobie. Nie jesteś śmieciem. Nigdy nie byłeś śmieciem, Flynn - wyszeptałem do niego, choć wpatrywałem się w półmrok na przeciwko mnie. Nawet nie byłem świadomy, kiedy otworzyłem oczy. Nieistotne.
I nieistotne, czy byłem może słońcem, czy może już zgasłem. Ważne było to, że Flynn nigdy nie był śmieciem, nigdy nie był gorszy, nic nie wart. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmował ani gdzie się szlajał. Dla mnie mógł nawet spać dziesięć lat na śmietniku i śmieciem by nie był, więc nie rozumiałem, skąd się brało w nim to usilne przekonanie. Za każdym razem miałem wrażenie, że miał to już za sobą, ale jednak to wracało, prześladowało go to poczucie niższości, mimo że... kochało go tak wiele osób. A on kochał ich.
Tak, ale wolałem w tej chwili skupić się na Flynnie i jego skomplikowanej psychice, poniżaniu się, a nie na jego relacjach z ludźmi, na sobie, a tym bardziej nie na swoich uczuciach. Czułem się przemęczony. Bałem się, do jakich wniosków mogłem dotrzeć, idąc tą drogą. Bałem się, że stanę się w mgnieniu oka zbyt słaby by być zarządcą cyrku, że nie sprostam zadaniu nadanemu mi przez Tullyego. Zawsze się tego bałem, dlatego cieszyłem się, że Flynn był moim oparciem, moim gwardzistą, duchem czuwającym na moim dachu, palącym papierosa w świetle księżyca.
- Masz może jeszcze tego alkoholu...? - zapytałem z przeogromną nadzieją w głosie. Ta myśl pojawiła się znikąd, ale prawdopodobnie okazała się być zbawienną. Już powoli się pakowaliśmy do przenosin, właściwie już na poważnie przenosiliśmy i nie powinienem pić, ale łyk nie zaszkodzi. Nie zaszkodzi, a może pomoże.
@The Edge
I czy tak od razu zostawił...? Wciąż tu był, wciąż blisko, wypowiadał różne słowa i nawet siłą zabrał mi lusterko, wciskając w jego miejsce swoje ciepłe, rozgrzane palce. Pokrzepiał, pokrzepiał. Aby czy na pewno? Był tu, ale z nami byli tu również ONI. Raziel... Fontaine... Czemu mówił o nich, zamiast mówić tylko i wyłącznie o mnie? Czemu porównywał mnie do Fontaine? Znowu, bezwiednie. Kochał ją, kochał z pewnością również jego. Nie mogłem się mylić, a jednak chciałem bardzo.
- Prze-stań - odparłem nieco zachrypnięty. Chciałem zabrzmieć pewnie, ostro, ale ostatecznie wyszeptałem to przez ściśnięte gardło. - Nie mów tak o sobie. Nie jesteś śmieciem. Nigdy nie byłeś śmieciem, Flynn - wyszeptałem do niego, choć wpatrywałem się w półmrok na przeciwko mnie. Nawet nie byłem świadomy, kiedy otworzyłem oczy. Nieistotne.
I nieistotne, czy byłem może słońcem, czy może już zgasłem. Ważne było to, że Flynn nigdy nie był śmieciem, nigdy nie był gorszy, nic nie wart. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmował ani gdzie się szlajał. Dla mnie mógł nawet spać dziesięć lat na śmietniku i śmieciem by nie był, więc nie rozumiałem, skąd się brało w nim to usilne przekonanie. Za każdym razem miałem wrażenie, że miał to już za sobą, ale jednak to wracało, prześladowało go to poczucie niższości, mimo że... kochało go tak wiele osób. A on kochał ich.
Tak, ale wolałem w tej chwili skupić się na Flynnie i jego skomplikowanej psychice, poniżaniu się, a nie na jego relacjach z ludźmi, na sobie, a tym bardziej nie na swoich uczuciach. Czułem się przemęczony. Bałem się, do jakich wniosków mogłem dotrzeć, idąc tą drogą. Bałem się, że stanę się w mgnieniu oka zbyt słaby by być zarządcą cyrku, że nie sprostam zadaniu nadanemu mi przez Tullyego. Zawsze się tego bałem, dlatego cieszyłem się, że Flynn był moim oparciem, moim gwardzistą, duchem czuwającym na moim dachu, palącym papierosa w świetle księżyca.
- Masz może jeszcze tego alkoholu...? - zapytałem z przeogromną nadzieją w głosie. Ta myśl pojawiła się znikąd, ale prawdopodobnie okazała się być zbawienną. Już powoli się pakowaliśmy do przenosin, właściwie już na poważnie przenosiliśmy i nie powinienem pić, ale łyk nie zaszkodzi. Nie zaszkodzi, a może pomoże.
@The Edge