12.12.2023, 17:18 ✶
Odpowiedź na ten post
Czy powinien się martwić? Gdy wykonał krok w kierunku ognisk, gdy faktycznie spojrzał w ich stronę, chcąc zgłębić ich tajemnice... Płomienie zelżały, chowając swe języki pośród kłód drewna, niczym czujny stwór, kryjący się przed obcymi przybyszami. Jeden płomyk powędrował jednak ku górze, przekształcając się w gwiazdę. Nie jak te pięcioramienne, które wycinały dzieci w przedszkolu na Pokątnej. Zwykły, jasny punkcik przypominający te błyszczące na nocnym firmamencie w bezchmurną noc.
Spokój. Może takiego potwierdzenia właśnie szukał? Swoistego sygnału od Matki tudzież obietnicy twierdzącego, że wszystko będzie w porządku. Że może zająć się swoimi sprawami i nic mu tego dnia nie zagrozi. Aż nazbyt łatwo przyszło mu zaakceptowanie tej wersji zdarzeń. Należał mu się odpoczynek. Na dobrą sprawę nie tylko jemu; każdemu, kto przez ostatnie wydarzenia nie mógł przespać całej nocy lub co rusz zerkał za siebie z obawy przed tym, że stanie się kolejną ofiarą ataków ekstremistów. Oby ten dzień wszystkim przyniósł ukojenie.
Po zagadaniu przez towarzyszącego mu kapłana, Sebastian nie oglądał się przez ramię. Zauważył Alastora; jego oczy nasyciły się jego widokiem. Potem po prostu odwrócił wzrok. Zanurzenie się na moment w kaskadzie wspomnień sprzed paru lat sprawiło, że na jego ustach wyrósł uśmiech. Mógł do niego podejść, zagadać go, zaproponować coś do picia... Czasu jednak w ten sposób nie cofnie. Nie zmieni przeszłości, nawet jeśli jej posmak przynosił mu większą radość niż ulubione wersety czytane podczas obrządków kowenu.
Spirala czasu miała jednak to do siebie, że raz się rozchodziła, a czasem ponownie zacieśniała. Może to właśnie w ten sposób dochodziło do takich przedziwnych przypadków jak zetknięcie się dwóch znajomych ze szkoły na drugim końcu świata lub spotkanie kogoś z rodzinnego miasta po latach rozłąki w najbardziej nietypowym miejscu pod słońcem. W przypadku Sebastiana i Alastora zaciśnięcie pętli nastąpiło, gdy ten drugi złapał pierwszego za togę...
Serce podskoczyło mu do gardła, gdy poczuł obcą dłoń ciągnącą go za ubranie ku ziemi. Instynktownie zdzielił mężczyznę po dłoni. Wtedy jednak dojrzał pustkę w jego spojrzeniu i znajome rysy twarzy, które wprawiły go w zakłopotanie. Czerwieniąc się na twarzy, złapał Moody'ego za rękę, pomagając mu złapać równowagę.
— Alastor? — Zmarszczył brwi, próbując złapać z aurorem kontakt wzrokowy. — Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha. — Iście wyborny żart biorąc pod uwagę profesję Macmillana. — Chcesz usiąść? Musisz usiąść. Chodź, usiądziemy razem.
Rozejrzał się boki, kompletnie ignorując kapłana Raphaela, który zdążył już wrócić do przesłodzonej rozmowy ze starszymi czarownicami. Oczywiście... Lepiej było rozszerzać swoją siatkę koneksji pośród stałych bywalców, niż pomóc komuś, kto ewidentnie potrzebował teraz wsparcia! Niech tylko Najwyższa Kapłanka się o tym dowie... Sebastian przeklął w myślach, zaraz jednak przepraszając wszystkie znane mu bóstwa za swoje słownictwo.
— Jesteś... Jesteś w pracy? — spytał, rozglądając się na boki. Jednocześnie poprowadził Alastora do kilku sporych pniaków, które na sabacie służyły za krzesła. — Ktoś z tobą przyszedł na... — Obchód? Czuwanie? — Patrol?
Otaksował uważnym wzrokiem twarz Moody'ego. Czy aurorzy w ogóle mogli teraz pracować na własną rękę? Po Beltane powinni wręcz wymagać tego, aby pracownicy poruszali się w dwójkach.
Czy powinien się martwić? Gdy wykonał krok w kierunku ognisk, gdy faktycznie spojrzał w ich stronę, chcąc zgłębić ich tajemnice... Płomienie zelżały, chowając swe języki pośród kłód drewna, niczym czujny stwór, kryjący się przed obcymi przybyszami. Jeden płomyk powędrował jednak ku górze, przekształcając się w gwiazdę. Nie jak te pięcioramienne, które wycinały dzieci w przedszkolu na Pokątnej. Zwykły, jasny punkcik przypominający te błyszczące na nocnym firmamencie w bezchmurną noc.
Spokój. Może takiego potwierdzenia właśnie szukał? Swoistego sygnału od Matki tudzież obietnicy twierdzącego, że wszystko będzie w porządku. Że może zająć się swoimi sprawami i nic mu tego dnia nie zagrozi. Aż nazbyt łatwo przyszło mu zaakceptowanie tej wersji zdarzeń. Należał mu się odpoczynek. Na dobrą sprawę nie tylko jemu; każdemu, kto przez ostatnie wydarzenia nie mógł przespać całej nocy lub co rusz zerkał za siebie z obawy przed tym, że stanie się kolejną ofiarą ataków ekstremistów. Oby ten dzień wszystkim przyniósł ukojenie.
Po zagadaniu przez towarzyszącego mu kapłana, Sebastian nie oglądał się przez ramię. Zauważył Alastora; jego oczy nasyciły się jego widokiem. Potem po prostu odwrócił wzrok. Zanurzenie się na moment w kaskadzie wspomnień sprzed paru lat sprawiło, że na jego ustach wyrósł uśmiech. Mógł do niego podejść, zagadać go, zaproponować coś do picia... Czasu jednak w ten sposób nie cofnie. Nie zmieni przeszłości, nawet jeśli jej posmak przynosił mu większą radość niż ulubione wersety czytane podczas obrządków kowenu.
Spirala czasu miała jednak to do siebie, że raz się rozchodziła, a czasem ponownie zacieśniała. Może to właśnie w ten sposób dochodziło do takich przedziwnych przypadków jak zetknięcie się dwóch znajomych ze szkoły na drugim końcu świata lub spotkanie kogoś z rodzinnego miasta po latach rozłąki w najbardziej nietypowym miejscu pod słońcem. W przypadku Sebastiana i Alastora zaciśnięcie pętli nastąpiło, gdy ten drugi złapał pierwszego za togę...
Serce podskoczyło mu do gardła, gdy poczuł obcą dłoń ciągnącą go za ubranie ku ziemi. Instynktownie zdzielił mężczyznę po dłoni. Wtedy jednak dojrzał pustkę w jego spojrzeniu i znajome rysy twarzy, które wprawiły go w zakłopotanie. Czerwieniąc się na twarzy, złapał Moody'ego za rękę, pomagając mu złapać równowagę.
— Alastor? — Zmarszczył brwi, próbując złapać z aurorem kontakt wzrokowy. — Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha. — Iście wyborny żart biorąc pod uwagę profesję Macmillana. — Chcesz usiąść? Musisz usiąść. Chodź, usiądziemy razem.
Rozejrzał się boki, kompletnie ignorując kapłana Raphaela, który zdążył już wrócić do przesłodzonej rozmowy ze starszymi czarownicami. Oczywiście... Lepiej było rozszerzać swoją siatkę koneksji pośród stałych bywalców, niż pomóc komuś, kto ewidentnie potrzebował teraz wsparcia! Niech tylko Najwyższa Kapłanka się o tym dowie... Sebastian przeklął w myślach, zaraz jednak przepraszając wszystkie znane mu bóstwa za swoje słownictwo.
— Jesteś... Jesteś w pracy? — spytał, rozglądając się na boki. Jednocześnie poprowadził Alastora do kilku sporych pniaków, które na sabacie służyły za krzesła. — Ktoś z tobą przyszedł na... — Obchód? Czuwanie? — Patrol?
Otaksował uważnym wzrokiem twarz Moody'ego. Czy aurorzy w ogóle mogli teraz pracować na własną rękę? Po Beltane powinni wręcz wymagać tego, aby pracownicy poruszali się w dwójkach.