Wiedział, że sprawa, z którą zwrócił się do Camille nie była prosta. Miał czas na to, żeby zebrać na ten temat nieco informacji. Bardzo pomocną okazała się w tym przypadku wiedza, którą w zakresie klątwołamania posiadała jego matka. Niezadowolona - swoją drogą jak zwykle, kiedy w grę wchodziły kontakty z tym konkretnym dzieckiem - nie odmówiła Theonowi pomocy. Ostatecznie przecież był wciąż jej synem.
Biorąc pod uwagę powyższe, logicznym jest, że od blondynki nie oczekiwał rzeczy niemożliwych. Theon nie liczył na to, że samo spotkanie, stanięcie z nią twarzą w twarz, zdoła rozwiązać problem. Chciał jedynie aby wreszcie zainteresowała się jego osobą. Faktycznie spróbowała udzielić mu obiecanej pomocy.
Albo po prostu poleciła poszukać jej gdzieś indziej.
Kiedy podała mu kolejnego papierosa, przyjął go. Pierwszego zdążył w międzyczasie wypalić, jego resztki zrzucając na ziemię. Gasząc z pomocą buta. Nieszczególnie przejmował się przy tym, w jaki sposób ten brak poszanowania dla matki natury miałby zostać odebrany przez innych, którzy pojawili się na sabacie.
- Nie oczekuje cudów. - rzucił w jej stronę. Następnie przy pomocy swojej benzynówki spróbował odpalić papierosa, którego końcówkę umieścił pomiędzy wargami. W jednej dłoni trzymał zapalniczkę, drugą papierosa osłaniał. Dla ułatwienia sprawy.
Kiedy wszystko mu się udało, zapalniczka wróciła z powrotem do kieszeni spodni.
- Powiedzmy, że za szpitalami jakoś tak nieszczególnie przepadam. - co miał jej na to powiedzieć? Inni na jego miejscu już dawno zgłosiliby się ze swoim problemem do Munga. Theon na to nie mógł sobie pozwolić. Pojawienie się w tym miejscu, mogło wiązać się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie chciał go podejmować. - Rozumiem, że tych niezbędnych narzędzi nie byłabyś w stanie zorganizować na jutro? - dopytał, przenosząc spojrzenie na jakąś parę, która akurat teraz zaczęła się obściskiwać. Następnie na matkę, przemierzającą teren sabatu ze swoim dzieckiem. Na młodego mężczyznę, który usiłował zarobić, prezentując jakieś proste sztuczki. Nie wyglądał znowu najgorzej. - Ile by to miało potrwać? - musiał to wiedzieć, potrzebował otrzymać wreszcie z jej strony jakieś konkrety. Ciągłe zbywanie męczyło go bowiem równie mocno co sama więź. Jeśli miał czekać, musiał być w stanie Camille zaufać.
Musiał widzieć jakiekolwiek postępy w sprawie.
Spojrzał ponownie na Camille, kiedy zaproponowała namiary na sklep z eliksirami. Rozwiązanie nie najgorsze, ale nie chciał być od nich uzależniony przez dłuższy okres czasu. Ostatnim czego potrzebował, było dorobienie się jakiegoś uzależnienia, które dodatkowo odbiłoby się na jego życiu. Wbrew temu, co na jego temat mówiono, posiadał jakiś rozum. Potrafił od czasu do czasu skorzystać z głowy. Nie było tak, że wykorzystywał ją tylko do tego, aby jeść.
Poza tym istniało też inne ryzyko - cholera jedna wiedziała, jak wpłynie na niego jednoczesne przyjmowanie dwóch różnych eliksirów.
- Podejrzewam, że dzisiaj sklep i tak byłby zamknięty. - zauważył. Święto było świętem. Ludzie mogli odpocząć od pracy, spędzić czas z rodziną, znajomymi. On pewnie też powinien wreszcie o tym pomyśleć... - Rozumiem, że proponujesz swoje towarzystwo? - zareagował, kiedy wskazała na namioty. Co miał do stracenia? O ile gorszy mógłby okazać się ten dzień? Jedna czy dwie kolejki. No dobra, może trzy albo dziesięć. Głowę miał raczej mocną, a procenty mogły nieco poprawić humor.
Kiedy Camille postanowiła mu odmówić, pożegnał się, decydując na odwiedziny u brata.