13.12.2023, 23:40 ✶
Zabrakło mi ripost, ciętych odzywek, czegokolwiek, co mógłbym odpowiedzieć Avelinie. Właściwie, powoli docierało do mnie, co właśnie zrobiłem, więc nie było słów, które mogłyby to cofnąć. Może to i dobrze? Nasza znajomość i tak była skazana na porażkę, więc... tak było lepiej? Udawać, że taki dokładnie był plan, że nie oszalałeś, choć fakt, brakowało mi piątej klepki. Nie wyspałem się, tak. I niech idzie do Alexa. Jak ja bardzo nienawidziłem Alexa.
Odprowadziłem ją wzrokiem i najchętniej odprowadzałbym ją dalej, chcąc zobaczyć, kim był ten Alex i czy w ogóle istniał, ale niestety nie mogłem tego zrobić. Imogen. Odezwała się, stojąc wciąż u mojego boku i właściwie sprowadzając mnie na ziemię. Nie byłem przez to wściekły, tylko zestresowany. Czułem się zazdrosny, czułem się zagrożony.
- Imogen, odpuść sobie. Przecież widzisz, że cię nie zdradzam. Gdybym cię zdradzał, wziąłbym sobie, jak to określiłaś, kogoś z naszego stanu, poza tym bezczelnie pocałowałbym ją na twoich oczach... A teraz mi głupio, bo mnie poniosło przed tobą, przed byle aptekarką. Miałem dziś ciężki dzień... - stwierdziłem na początku ostro, by jednak z każdym kolejnym słowem schodzić z tonu. Byłem przemęczony, znużony, miałem w głowie wspomnienia z dzieciństwa, które torpedowały mi serce, a jeszcze chęć posiadania tego dziecka... Wcale o tym wcześniej nie myślałem, szczególnie że Beatrice była jeszcze taka mała, ale... jakoś mnie to rozbrajało. Ta myśl, że będzie kolejny mały Rookwood.
- Jesteś naprawdę w ciąży - odparłem twierdząco, kiedy po raz kolejny o tym wspomniała. Wpatrywałem się w jej oczy. Nie mogła kłamać. Po co miałaby kłamać? Coś we mnie pękło, ten cały stres, który miałem na barkach, cała wściekłość na rozwój wydarzeń, obawa o relacje z Paxton, wszystko, co złe, na tę drobną chwilę uleciało. Nieświadomy byłem, że to działanie wianka, który miałem na głowie. Sadziłem, że naprawdę ucieszyłem się na tę wieść. Nawet ująłem dłoń Imogen i przytuliłem ją do siebie pokrzepiająco. Nie powinna się teraz denerwować. A ja również mogłem być bardziej wyrozumiały, bardziej ją słuchać.
Straciłem z oczu Ojca, więc faktycznie wpierw ruszyliśmy w kierunku kapłanek kowenu by pobłogosławiła stan Imogen. W międzyczasie poszukiwałem wzrokiem naszej rookwoodowej drużyny. O dziwo, pierwszy rzucił mi się w oczy wuj Eryk, a ku mojej uciesze obok niego zaraz namierzyłem jego brata, a mojego Ojca - Chestera Rookwooda. Przyjęliśmy błogosławieństwo dla dziecka i naszego małżeństwa, pozdrawiając kapłankę, po czym podeszliśmy do mężczyzn, gdzie stali z moimi małymi kawalerami. Przywitałem się skinieniem głowy z krewnymi, po czym cmoknąłem Imogen w dłoń, niestety na chwilę ją puszczając, by wziąć Convena na ręce.
- Wracamy do domu? - zapytałem go, ale ten zaraz zaczął kręcić głową i coś jęczeć, że dziadek obiecał im nagrody, więc spojrzałem pytająco na Ojca. Zapewne chodziło o któreś z atrakcji przygotowanych ze względu na świętowanie Lithy, więc najwyraźniej musiałem się pogodzić z losem i zgodzić na jeszcze paręnaście minut na świeżym powietrzu, aby mieć w drodze powrotnej oraz w domu święty spokój. - Niech będzie, ale tatuś nie gra, bo tatuś jest zmęczony. Niech próbuje dziadek z wujkiem, dobrze? Będą mieli większe szanse na wygraną - odparłem i zaraz też zauważyłem do chłopców. Conven się wyrywał z moich rąk by nie odstawać od Ramsesa, więc go zaraz odstawiłem na ziemię. I tak już był z niego duży chłopak, więc z ulgą powróciłem do małżonki, obejmując ją w talii. Nieco zaborczo, nieco z dumą, ale nie zamierzałem na razie chwalić się naszą ciążą. Powiemy o tym oficjalnie, podczas jednej z rodzinnych kolacji, w swoim czasie, kiedy będziemy gotowi.
Niestety, druga moja dłoń zawędrowała do kieszeni, gdzie na powrót wyczułem perłę.
Czy szukając w tłumie Ojca, wypatrzyłem również Avelinę z Alexem?
Odprowadziłem ją wzrokiem i najchętniej odprowadzałbym ją dalej, chcąc zobaczyć, kim był ten Alex i czy w ogóle istniał, ale niestety nie mogłem tego zrobić. Imogen. Odezwała się, stojąc wciąż u mojego boku i właściwie sprowadzając mnie na ziemię. Nie byłem przez to wściekły, tylko zestresowany. Czułem się zazdrosny, czułem się zagrożony.
- Imogen, odpuść sobie. Przecież widzisz, że cię nie zdradzam. Gdybym cię zdradzał, wziąłbym sobie, jak to określiłaś, kogoś z naszego stanu, poza tym bezczelnie pocałowałbym ją na twoich oczach... A teraz mi głupio, bo mnie poniosło przed tobą, przed byle aptekarką. Miałem dziś ciężki dzień... - stwierdziłem na początku ostro, by jednak z każdym kolejnym słowem schodzić z tonu. Byłem przemęczony, znużony, miałem w głowie wspomnienia z dzieciństwa, które torpedowały mi serce, a jeszcze chęć posiadania tego dziecka... Wcale o tym wcześniej nie myślałem, szczególnie że Beatrice była jeszcze taka mała, ale... jakoś mnie to rozbrajało. Ta myśl, że będzie kolejny mały Rookwood.
- Jesteś naprawdę w ciąży - odparłem twierdząco, kiedy po raz kolejny o tym wspomniała. Wpatrywałem się w jej oczy. Nie mogła kłamać. Po co miałaby kłamać? Coś we mnie pękło, ten cały stres, który miałem na barkach, cała wściekłość na rozwój wydarzeń, obawa o relacje z Paxton, wszystko, co złe, na tę drobną chwilę uleciało. Nieświadomy byłem, że to działanie wianka, który miałem na głowie. Sadziłem, że naprawdę ucieszyłem się na tę wieść. Nawet ująłem dłoń Imogen i przytuliłem ją do siebie pokrzepiająco. Nie powinna się teraz denerwować. A ja również mogłem być bardziej wyrozumiały, bardziej ją słuchać.
Straciłem z oczu Ojca, więc faktycznie wpierw ruszyliśmy w kierunku kapłanek kowenu by pobłogosławiła stan Imogen. W międzyczasie poszukiwałem wzrokiem naszej rookwoodowej drużyny. O dziwo, pierwszy rzucił mi się w oczy wuj Eryk, a ku mojej uciesze obok niego zaraz namierzyłem jego brata, a mojego Ojca - Chestera Rookwooda. Przyjęliśmy błogosławieństwo dla dziecka i naszego małżeństwa, pozdrawiając kapłankę, po czym podeszliśmy do mężczyzn, gdzie stali z moimi małymi kawalerami. Przywitałem się skinieniem głowy z krewnymi, po czym cmoknąłem Imogen w dłoń, niestety na chwilę ją puszczając, by wziąć Convena na ręce.
- Wracamy do domu? - zapytałem go, ale ten zaraz zaczął kręcić głową i coś jęczeć, że dziadek obiecał im nagrody, więc spojrzałem pytająco na Ojca. Zapewne chodziło o któreś z atrakcji przygotowanych ze względu na świętowanie Lithy, więc najwyraźniej musiałem się pogodzić z losem i zgodzić na jeszcze paręnaście minut na świeżym powietrzu, aby mieć w drodze powrotnej oraz w domu święty spokój. - Niech będzie, ale tatuś nie gra, bo tatuś jest zmęczony. Niech próbuje dziadek z wujkiem, dobrze? Będą mieli większe szanse na wygraną - odparłem i zaraz też zauważyłem do chłopców. Conven się wyrywał z moich rąk by nie odstawać od Ramsesa, więc go zaraz odstawiłem na ziemię. I tak już był z niego duży chłopak, więc z ulgą powróciłem do małżonki, obejmując ją w talii. Nieco zaborczo, nieco z dumą, ale nie zamierzałem na razie chwalić się naszą ciążą. Powiemy o tym oficjalnie, podczas jednej z rodzinnych kolacji, w swoim czasie, kiedy będziemy gotowi.
Niestety, druga moja dłoń zawędrowała do kieszeni, gdzie na powrót wyczułem perłę.
Czy szukając w tłumie Ojca, wypatrzyłem również Avelinę z Alexem?
Rzut N 1d100 - 67
Sukces!
Sukces!