Niczym marionetka, Morpheus Longbottom dał się pociągnąć profesor, niemal bezwładnie poruszając się pod jej dyktando, niemal jak marionetka, przypatrując się szklanymi oczami w martwe ciało Marty Warren, swojej rówieśniczki, koleżanki, Krukonki. Nie zauważył swoich kart na posadzce, ale złapał Olivię za rękę, gdy dołączył do niej i do Fianny na korytarzu. Uścisnął ją, chociaż pewnie tego nie zauważyła. Trzymał się aż do wejścia do Pokoju Wspólnego. Wtedy adrenalina zupełnie opadła i ciało chłopca zaczęły wstrząsać drgawki nerwów. Niczym Marta uciekł od zamieszania, wcześniej jednak oznajmiając prefektowi, że idzie do łóżka i zakopał się w pościeli. Wyciągnął z kufra swój nożyk, który został od dziadka na rozpoczęcie Hogwartu i leżał z nim pod poduszką, ze spazmami płaczu, niemal histerycznego, w obawie przed tym, co mogło się zdarzyć tej nocy.
Dopiero gdy całe dormitorium ucichło, tak jak i wieża Gryfonów, pokoje wspólne i słychać było jedynie pojedyncze, przerażone szepty, Longbottom przypomniał sobie o tym, że Marta usłyszała głos chłopca. Nie mężczyzny. Gula podeszła mu do gardła i zaczął zastanawiać się nad tym, z kim dzieli pokój. I czy nie jest następny przez swoją głupią odwagę. Jeszcze przez tydzień nie mógł zasnąć, omdlewając niemal w godzinach wczesnego poranka i ściskając zaostrzone poczucie pewności tak, że zostawał na jego dłoni krwawy odcisk.
Gdy już spał, śniła mu się Marta, jej histeryczny głos, który powtarzał zadania z lekcji, siedząc w ławce obok niego i nikt inny zdawał się nie widzieć niczego złego w tym, że trup uczęszcza z nimi na zajęcia. Gryfon chciałby móc zapomnieć o wielu horrorach, aby jego sen przesuwał się miękko po tych bruzdach w mózgu, ale koszmary przychodzą, odsuwają sen na bok i ponownie wypełniają obrazem. I tak Morpheus budzi się zdyszang, pozwala światłu świecy rozpuścić ciemność, pijąc pocieszające półświatło, jakby to była woda z cukrem. Ale, niestety, krawędź, na której balansuje to bezpieczeństwo, jest wąska. Wystarczy najmniejszy mały obrót, a wzrok odsuwa się od tego, co znajome i przyjazne, a kształty, które tak niedawno były pocieszające, przybierają ostre kontury otchłani horroru.