Poczerwieniał na zapewnienia Heather. Nie ukrywał się zbytnio ze swoim stanem majątkowym. Po tylu latach znajomości i tak ciężko by było udawać mu kogoś, kim nie był przed osobami takimi, jak Ruda czy Charlie. Doceniał to, że nie wpakowywali go w sytuację, gdy czuł się gorszy. Przynajmniej nie umyślnie. Czasem musiał kombinować, żeby dopasować się do Heather podczas różnych imprez okolicznościowych, patrz bal u Longbottomów, ale dzięki temu nauczył się kombinować. No i chyba poprawiło to jego wyczucie stylu, więc... Był to jakiś plus. Chyba.
— No, mówisz samą prawdę — pokiwał głową, teatralnie unosząc ją w górę. — Jestem trochę zajebisty.
Kiedy była obok niego, miał wrażenie, że stać go było na więcej. Czy to dlatego, że jakaś część niego chciała, aby Heather była z niego dumna? Prawdopodobnie! Nie był najlepszym czarodziejem pod słońcem. Owszem, sprawdzał się w roli medyka, ale zupełnie nie nadawał się do machania różdżką przed gromadą czarnoksiężników. Jeśli wspinaczka na wielki pal w jego wykonaniu wywołała uśmiech na twarzy Wood, to wysiłek ten był w stu procentach wart wszystkich boleści.
— Ahaaa — sarknął Cameron, słysząc dosyć słabe jego zdaniem wytłumaczenie Heather. — Bo procedury Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i przewodnik małej brygadzistki nie były skomplikowane? — Pokręcił głową. — Nie doceniasz się. Poza tym twoja rodzina prowadzi własny interes, co nie? Na pewno przekazali ci trochę genów kobiety biznesu.
W sumie nie byłby zaskoczony, gdyby kiedyś Ruda musiała wybrać, czy przejąć rodzinny interes, czy dalej piąć się po szczeblach kariery w Ministerstwie Magii. Zmarszczył lekko brwi, przyglądając się Rudej z profilu. Pod tym względem stanowiła dla niego pewną zagadkę. Wiedział, że chciała pomóc w działaniach wymierzonym w Śmierciożerców, jednak co zrobi, gdy główne zagrożenie minie, a standardem w Brygadzie stanie się ściąganie kotów z drzew i badanie zwykłych włamań?
— Możemy jeszcze pochodzić — zadecydował, wyprzedzając ją o pół kroku, co by spróbować utorować im drogę przez powiększające się zbiegowisko czarodziejów i czarownic. — W sumie, zjadłbym coś, skoro już tutaj jesteśmy. Chociaż te ceny... Też masz wrażenie, że z sabatu na sabat są coraz wyższe, a jakość tylko spada?
Kiedyś za parę knutów szło kupić całą miskę kowenowej potrawki siostry Barbary, a jak ładnie się człowiek ładnie uśmiechnął, to mógł nawet liczyć na darmową dokładkę. A teraz? Ceny były zupełnie nieadekwatne do wielkości porcji i jakości. Cameron odnosił wręcz wrażenie, że powoli przestawano zatrudniać specjalistów od zaklęć z dziedziny magii kuchennej, a zamiast tego sięgano po podstawowe zamienniki, jakie znało każde dziecko, które spędziło pół roku w Hogwarcie.