25.12.2023, 17:38 ✶
Siostra. No tak, w tym wszystkim ten aspekt bardzo łatwo uciekał – kochanką Perseusa okazywała się siostra Ulyssesa. Kogoś, kogo jednak darzyła sympatią, więc chyba niekoniecznie wypadałoby, mniej lub bardziej subtelnie, stawiać Vespery w rzędzie razem ze wszystkimi wywłokami tego świata, co rozbijały małżeństwa. Bo mogły, bo chciały, bo cokolwiek innego.
Sięgnęła dłonią do karku, na którym pozostała i miała pozostać jeszcze przez chwilę.
- Przepraszam – wyrzekła przepraszającym tonem, chociaż inna sprawa, czy faktycznie przepraszała czy też jednak to było kłamstewko, które gładko spłynęło z jej warg – Po prostu… wiesz, kiedy się wszystko się posypało, też byłam w ciąży. Więc... – pokręciła powoli głową, nie kończąc zdania. Dwa miesiące i parę dni, żeby być dokładnym. Dodając do tego jej wcześniejsze wahanie, czy w ogóle zdecydować się urodzić to nieszczęsne, nieplanowane dziecko – czy tak trudno jest pomyśleć, że jednak chciał mieć opcję zapasową? Zwłaszcza w świetle tego, jaką jej koniec końców ukazał twarz.
Jedno musiała przyznać: ładnie się maskował przez cały okres narzeczeństwa i – szczęśliwie krótkiego – małżeństwa.
- Ach tak – skwitowała, jakby to była oczywista oczywistość. Zapewne była, skoro w końcu przyszedł tutaj, żeby zerwać zaręczyny. Bo czy ciąża sama w sobie byłaby przeszkodą, gdyby nie wiązało się to czymś bardziej sformalizowanym, czymś, co prowadziło do tego, iż ten zaaranżowany związek miał się skończyć zanim na dobre się zaczął? Nie, żeby miała coś przeciwko temu, skądże znowu. Bo jeśli czegoś się nauczyła w tym swoim krótkim nadal życiu – zdecydowanie nie licząc wiedzy wyniesionej ze szkoły – to tego, że małżeństwo nie jest czymś, w czym chciałaby utknąć. Nie na tym etapie życia. I choć wierzyła, że z Ulyssesem byłaby w stanie stworzyć o wiele bardziej udany związek niż wcześniej, to jednak, jednak…
… nie byłoby to dokładnie tym, czego by chciała.
- Bardzo prawdopodobne, że tak to by się skończyło – zgodziła się, unosząc kąciki warg ku górze. Taak. Vespera, Perseus, Ulysses i ona sama przy jednym stole, dodać jeszcze całą resztę, z Daphne na czele (zwłaszcza gdy byłby to naprawdę rodzinny obiad)… no, to gotowy przepis na katastrofę.
- Tak? – ni to spytała, ni to stwierdziła. Po części zachęta do wyrzucenia z siebie tego, co chodziło mu po głowie, po części sygnał, że wysłucha tej rady. Tej samej rady, po której usłyszeniu zacisnęła lekko wargi.
- Szczerze powiedziawszy, coraz mniej zaczyna mnie obchodzić, co myśli i mówi mój ojciec – przyznała. No, chyba że narzucał jej pewne wybory, to wtedy mimo wszystko musiało ją to obchodzić. Trudno, żeby całkiem zignorowała plany chociażby odnośnie ponownej zmiany nazwiska. I w końcu – uśmiechnęła się, raczej naprawdę szczerze.
- Oczywiście że tak. Nie jest twoją winą, że nasi ojcowie wpadli na taki a nie inny pomysł – zapewniła – Więc jeśli byś czegokolwiek potrzebował, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Zwłaszcza że sam pomagał wybrać nowe lokum, nieprawdaż?
Sięgnęła dłonią do karku, na którym pozostała i miała pozostać jeszcze przez chwilę.
- Przepraszam – wyrzekła przepraszającym tonem, chociaż inna sprawa, czy faktycznie przepraszała czy też jednak to było kłamstewko, które gładko spłynęło z jej warg – Po prostu… wiesz, kiedy się wszystko się posypało, też byłam w ciąży. Więc... – pokręciła powoli głową, nie kończąc zdania. Dwa miesiące i parę dni, żeby być dokładnym. Dodając do tego jej wcześniejsze wahanie, czy w ogóle zdecydować się urodzić to nieszczęsne, nieplanowane dziecko – czy tak trudno jest pomyśleć, że jednak chciał mieć opcję zapasową? Zwłaszcza w świetle tego, jaką jej koniec końców ukazał twarz.
Jedno musiała przyznać: ładnie się maskował przez cały okres narzeczeństwa i – szczęśliwie krótkiego – małżeństwa.
- Ach tak – skwitowała, jakby to była oczywista oczywistość. Zapewne była, skoro w końcu przyszedł tutaj, żeby zerwać zaręczyny. Bo czy ciąża sama w sobie byłaby przeszkodą, gdyby nie wiązało się to czymś bardziej sformalizowanym, czymś, co prowadziło do tego, iż ten zaaranżowany związek miał się skończyć zanim na dobre się zaczął? Nie, żeby miała coś przeciwko temu, skądże znowu. Bo jeśli czegoś się nauczyła w tym swoim krótkim nadal życiu – zdecydowanie nie licząc wiedzy wyniesionej ze szkoły – to tego, że małżeństwo nie jest czymś, w czym chciałaby utknąć. Nie na tym etapie życia. I choć wierzyła, że z Ulyssesem byłaby w stanie stworzyć o wiele bardziej udany związek niż wcześniej, to jednak, jednak…
… nie byłoby to dokładnie tym, czego by chciała.
- Bardzo prawdopodobne, że tak to by się skończyło – zgodziła się, unosząc kąciki warg ku górze. Taak. Vespera, Perseus, Ulysses i ona sama przy jednym stole, dodać jeszcze całą resztę, z Daphne na czele (zwłaszcza gdy byłby to naprawdę rodzinny obiad)… no, to gotowy przepis na katastrofę.
- Tak? – ni to spytała, ni to stwierdziła. Po części zachęta do wyrzucenia z siebie tego, co chodziło mu po głowie, po części sygnał, że wysłucha tej rady. Tej samej rady, po której usłyszeniu zacisnęła lekko wargi.
- Szczerze powiedziawszy, coraz mniej zaczyna mnie obchodzić, co myśli i mówi mój ojciec – przyznała. No, chyba że narzucał jej pewne wybory, to wtedy mimo wszystko musiało ją to obchodzić. Trudno, żeby całkiem zignorowała plany chociażby odnośnie ponownej zmiany nazwiska. I w końcu – uśmiechnęła się, raczej naprawdę szczerze.
- Oczywiście że tak. Nie jest twoją winą, że nasi ojcowie wpadli na taki a nie inny pomysł – zapewniła – Więc jeśli byś czegokolwiek potrzebował, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Zwłaszcza że sam pomagał wybrać nowe lokum, nieprawdaż?