17.12.2023, 23:41 ✶
Ta moja zaborczość w mgnieniu oka się rozwiała, jak gdyby nikt nie był w stanie odebrać mi Persephony, bo ona już była moja i pozostanie nią na zawsze, niezależenie od tego, czy będę żyw, czy zmartwychwstanę, czy może jednak stanę się definitywnie martwy. Cóż, tych drugich opcji nie zamierzałem dziś sprawdzać, bo pomimo tłumów, wszystko miało przebiegać w jak najlepszym porządku. Ba!, ponownie miałem obok siebie małżonkę, więc nie czułem już tej wszechogarniającej pustki, braku, ciszy. Przyzwyczaiłem się do tego, że przeważnie była obok mnie, że mówiła do mnie przyciszonym tonem albo obserwowała w milczeniu moją osobę. Ale, cóż, była.
Uśmiechnąłem się do niej. Wyglądałem trochę tak, jakbym knuł coś niedobrego. Wiedziałem, że wciąż była na mnie wściekła za to, że zniknąłem. Wiedziałem jednak również, że czuła w związku z moim powrotem tę samą ulgę co i ja. Aby, kurde no, nie podobało mi się to jej nazwisko. Co to za głupota była z tą zmianą?
Wpatrywałem się w Persephonę, a ona wpatrywała się we mnie. Była prześliczna. Taka rządna władzy, tak uroczo niska, taka moja. Chwyciłem ją za podbródek, żeby przywitać jej usta kolejnym pocałunkiem. Byłem cholernie chory, kiedy nie mogłem na nią patrzeć, kiedy nie mogłem ściskać jej ciała, widzieć tych oceniających oczu. Najchętniej znowu zamknąłbym się z nią w sypialni i najlepiej stamtąd nie wychodził, ale socjalizacja i te sprawy, poza tym trzeba było nieco ochłonąć, nabrać siły, energii, przyjąć w siebie trochę kalorii.
- Księżniczko - wyszeptałem jej w twarz, powtórzyłem głośniej, jeśli nie było za bardzo mnie słychać przez te tłumy. - Schlebiasz mi - zaśmiałem się, choć z tym zwyrolem, z tym Nokturnem, to różne bywały ścieżki i w różne strony. A też po drodze bywałem człowiekiem trochę uczonym, trochę rozważnym, ale też trochę narwanym. Po prostu człowiek srający wielobarwną tęczą! To ja!
- Ty wiesz - zacząłem, pozwalając sobie na bezwstydne objęcie jej. Wielkimi rękoma. Te drobne plecy obleczone w bezduszny, ciemny gorset. Persephona. - Że ja ciebie już nie zostawię. Nigdy cię nie zostawię - mruknąłem do niej, patrząc na jej pełne usta, bladą twarz, przymrużone oczy. Nawet dotknąłem paluchem tych ust. Zastanawiałem się, co sobie myśli, ale wydawało mi się, że jej spojrzenie nieco zelżało, już nie kurwiło na mnie za krzywdy ostatnich lat. Tak, byłem winny, ale nie chciałem by zaprzątała tym swoją mądrą główkę.
- Rozkoszuj się, duszko. Myślę, że nie bez powodu nasze wianki są z lawendy i werbeny - odparłem porozumiewawczo. Były częstym składnikiem eliksirów, szczególnie tych kojących, a ich użytkowanie było znane już od starożytnych czasów. Nalewki, amulety, rytuały. - Złap swój wianek mocno, bo szkoda go zgubić i idziemy coś zjeść - uprzedziłem ją, po czym pochwyciłem ją w pasie by przerzucić sobie przez ramię. Niech mnie potem za to zjada, a nie za jakieś ewakuacje za granicę. Odstawić ją miałem zamiar dopiero pod budką z czymś najsmaczniej pachnącym, więc obawiałem się, że z mięsem...?
Uśmiechnąłem się do niej. Wyglądałem trochę tak, jakbym knuł coś niedobrego. Wiedziałem, że wciąż była na mnie wściekła za to, że zniknąłem. Wiedziałem jednak również, że czuła w związku z moim powrotem tę samą ulgę co i ja. Aby, kurde no, nie podobało mi się to jej nazwisko. Co to za głupota była z tą zmianą?
Wpatrywałem się w Persephonę, a ona wpatrywała się we mnie. Była prześliczna. Taka rządna władzy, tak uroczo niska, taka moja. Chwyciłem ją za podbródek, żeby przywitać jej usta kolejnym pocałunkiem. Byłem cholernie chory, kiedy nie mogłem na nią patrzeć, kiedy nie mogłem ściskać jej ciała, widzieć tych oceniających oczu. Najchętniej znowu zamknąłbym się z nią w sypialni i najlepiej stamtąd nie wychodził, ale socjalizacja i te sprawy, poza tym trzeba było nieco ochłonąć, nabrać siły, energii, przyjąć w siebie trochę kalorii.
- Księżniczko - wyszeptałem jej w twarz, powtórzyłem głośniej, jeśli nie było za bardzo mnie słychać przez te tłumy. - Schlebiasz mi - zaśmiałem się, choć z tym zwyrolem, z tym Nokturnem, to różne bywały ścieżki i w różne strony. A też po drodze bywałem człowiekiem trochę uczonym, trochę rozważnym, ale też trochę narwanym. Po prostu człowiek srający wielobarwną tęczą! To ja!
- Ty wiesz - zacząłem, pozwalając sobie na bezwstydne objęcie jej. Wielkimi rękoma. Te drobne plecy obleczone w bezduszny, ciemny gorset. Persephona. - Że ja ciebie już nie zostawię. Nigdy cię nie zostawię - mruknąłem do niej, patrząc na jej pełne usta, bladą twarz, przymrużone oczy. Nawet dotknąłem paluchem tych ust. Zastanawiałem się, co sobie myśli, ale wydawało mi się, że jej spojrzenie nieco zelżało, już nie kurwiło na mnie za krzywdy ostatnich lat. Tak, byłem winny, ale nie chciałem by zaprzątała tym swoją mądrą główkę.
- Rozkoszuj się, duszko. Myślę, że nie bez powodu nasze wianki są z lawendy i werbeny - odparłem porozumiewawczo. Były częstym składnikiem eliksirów, szczególnie tych kojących, a ich użytkowanie było znane już od starożytnych czasów. Nalewki, amulety, rytuały. - Złap swój wianek mocno, bo szkoda go zgubić i idziemy coś zjeść - uprzedziłem ją, po czym pochwyciłem ją w pasie by przerzucić sobie przez ramię. Niech mnie potem za to zjada, a nie za jakieś ewakuacje za granicę. Odstawić ją miałem zamiar dopiero pod budką z czymś najsmaczniej pachnącym, więc obawiałem się, że z mięsem...?